Samotnik
Człowiek jest istotą myślącą. Skoro tak, to najsłuszniejszym jego wnioskiem jest myśl, że Boga nie ma, a wszystko to, co wokół niego i w nim powstało narodziło się na skutek ewolucji.
DZIENNIK MARCELA ISGUNO, SIERPIEŃ 2006
Marcel Isguno siedział sobie na schodach. Był ubrany w koszulkę, spodnie i adidasy. Swoimi błękitnymi oczyma patrzył przed siebie i obserwował czarnego kota, który właśnie przechodził chodnikiem. Mężczyzna prawą dłonią podrapał się po głowie, na której miał długie, czarne włosy. Westchnął ciężko i wstał.
Przez ulicę przechodziła mała dziewczynka w zielonej sukience i białych sandałach. Jej jasne włosy były uplecione w warkocz. Wesoło patrzyła wokół siebie swymi zielonymi oczami. Podeszła do Marcela i spytała:
-Czy Bóg istnieje?
Marcel stał jak wryty. Co powiedzieć dziecku? To, że on nie wierzy w Boga? Czy to, że owszem - jest?
-Yy... -Odpowiedział. -Naturalnie, Bóg jest.
Dziewczynka się uśmiechnęła. Podskoczyła i powiedziała głośno:
-Naprawdę?! Hurra!
Mężczyzna był jeszcze bardziej zaskoczony, niż przy usłyszeniu pytania. Co było w tym takiego wesołego, że Bóg istnieje?
-A dlaczego Bóg istnieje? -Spytała mała.
Marcel wziął głęboki oddech i powiedział:
-Tego nikt nie wie.
Sam jednak podejrzewał, że Boga nie ma, lecz ludzie wymyślili go na swoje potrzeby.
-A dlaczego? -Wypytywała dalej mała nieznajoma.
-Bo... -Powiedział i urwał. "Cholera -pomyślał -księdzem nie jestem, a katolikiem na pewno nie. Co mam jej odpowiedzieć?". -To jest rzecz, której nie da się sprawdzić.
Dziecko zainteresowało się tym, dlaczego się nie da tego sprawdzić. Marcel czuł, jak złość w nim powoli narasta. Przecież nie będzie bił cudzego dziecka?
-No bo nie wiem... -Stwierdził. Dziewczynka spojrzała na niego zaskoczona. -Zresztą, kto ty jesteś?
-Maja! -Odpowiedziało bez wahania dziecko. Uśmiechała się.
Zanim jednak Marcel zdołał się dowiedzieć czegoś więcej o małej nieznajomej podeszła do nich wysoka i gruba kobieta o blond włosach i zielonych oczach. Miała na sobie sukienkę i obcasy.
-Co pan jej robi? -Spytała gromkim głosem.
-N... Nic. -Odpowiedział z lekkim wahaniem Marcel. Odczuł jednocześnie ulgę, jak i zawód.
-Jak to nic?! Czy pan jest normalny?! Zamiast odprowadzić ją na policję, to ją pan zagaduje! Chce mi pan ją porwać?!
"A nawet jeśli, to co?" -Spytał sam siebie z dozą ironii Marcel. Uwielbiał się przekomarzać, w tym jednak wypadku miał przeczucie, że nie wyszłoby mu to na zdrowie.
-Nnie, ale ta mała przyleciała do mnie z pytaniem...
Maja spojrzała na matkę i spytała:
-Mamo, czy Bóg istnieje?
Wszystkich zatkało. Marcela - no bo przecież dziecko powinno się raczej spytać "Dlaczego on nie wie, czy da się sprawdzić, skąd jest Bóg?", a matkę - no bo co ma córce odpowiedzieć?
-Nie wiem -odpowiedziała matka.
-A dlaczego? -Dopytywała się mała.
-Daj mi spokój! -Jęknęła kobieta. -Chodźmy już!
Dziewczynka z matką odeszły gdzieś na bok. Marcel stał pośrodku chodnika zbaraniały. "Czy Bóg istnieje?", "Dlaczego?" -pytania te tłoczyły się w jego umyśle i nie dawały mu spokoju. Przecież już wie, że Boga nie ma! Co mu odbija?
Nie mógł jednak zapomnieć o tym, co go dzisiaj spotkało. To dziecko i ta radość... Ciekawość... Jak jest naprawdę? Czy aby na pewno to ON ma rację? Przecież inni wierzą w co innego - w Allaha, jakieś bóstwa, niewiadomo co... Może jednak jest w błędzie? Może wszyscy są w błędzie? Zadał sobie pytanie, gdzie mógłby znaleźć ową dziewczynkę. W parku? Hm -pomyślał -to dobry pomysł. Odprężę się i zapomnę o wszystkim.
W parku jej jednak nie znalazł. Usiadł więc na brązowej ławce w cieniu jakiegoś drzewa, którego gatunku nie mógł rozszyfrować i wyjął z kieszeni mały, czerwony notesik z doczepionym na gumce długopisem. Otworzył go i zaczął pisać.
Dziś wydarzyło się coś dziwnego: dziewczynka, która pyta się o to, czy Bóg istnieje. Nie wiem dlaczego, ale to pytanie, a także całe wydarzenie ciągle nie dają mi spokoju. Teoretycznie... -Urwał. Teoretycznie? A nie praktycznie? Mniejsza z tym -pomyślał i wrócił do pisania. -Teoretycznie ten okres w życiu, kiedy się dochodzi do przekonania, jak z tym jest, mam za sobą. Ale... Sam nie wiem, cholera jasna! Muszę odnaleźć Maję i spytać ją! O to, dlaczego o takie dziwne rzeczy pyta!".
Wstał. Przespacerował się po parku. "Gdzie dzieci bywają o tej porze... A właśnie, którą mamy?" -Zaczął się zastanawiać. Sam zegarka nie posiadał, bo był zdania, że "szczęśliwi czasu nie liczą", a on sam - według niego - do takich należał. W końcu nie mieszkał w jakimś Libanie, gdzie się toczy wojna, ani w Chinach, gdzie ludzie są zamykani w więzieniu za byle powiedzenie, że "partia jest zła".
* * *
Kolejny dzień był gorący i słoneczny. Marcel Najpierw udał się do sklepu po jakąś zupkę chińską. Ku jego zdziwieniu, do tego samego sklepiku weszła ta sama kobieta, którą spotkał wczoraj. Postanowił na nią nie zwracać uwagi, ale jakoś nie mógł się oderwać od jej twarzy. Poczuł pchnięcie z tyłu. Fakt, była kolejka, a on zamiast podejść do kasy, stał w miejscu.
-Ppoproszę ostrą chińską zupkę Knorra... -Wybąkał.
Miły pan koło pięćdziesiątki uśmiechnął się do niego i podał mu jedno opakowanie zupki chińskiej. Marcel zapłacił i czym prędzej wybiegł ze sklepu, zauważywszy po drodze, że matka Mai znajdowała się o dwóch ludzi przed nim. Postanowił obserwować kobietę. Skrył się za pierwszą lepszą latarnią i obserwował wyjście sklepu. Po pięciu minutach nieznajoma - acz oczekiwana - osoba wyszła ze sklepu i skierowała się prosto ku centrum. Marcel wyszedł zza latarni. Zaczął iść powoli i niby rozglądać się wokół. -Niech nie myśli, że ją śledzę. -Myślał gorączkowo. Kobieta doszła starej kamienicy. Kamienicy, w której...
-O cholera! -Krzyknął, zaskoczony. Matka Mai spojrzała na niego zaskoczona.
-Co tu pan robi? -Spytała surowym tonem.
-Mieszkam tu -odpowiedział z uśmiechem Marcel.
"Mieszkam tu od kilku lat i nigdy jej nie zauważyłem?" -Pytał sam siebie, wchodząc za kobietą. Zauważył, że zajmowała pierwsze piętro, drzwi z numerkiem "2". Westchnął ciężko. "I co ja teraz mam niby zrobić?" -Zastanawiał się. -"Przecież nie będę stał jak głupek przy drzwiach do obcego mieszkania...".
Wszedł na drugie piętro, otworzył drzwi z numerkiem "4" i wszedł do środka.
"Zjem zupę" -pomyślał i poszedł do ciemnozielonej kuchni.
* * *
"Majka" -pomyślał. Zszedł na dół. A raczej - zamierzał zejść. W połowie drogi zauważył, że drzwi z numerkiem "2" się otwierają i wychodzi z niej Maja. Z wnętrza mieszkania dało się słyszeć głos mamy:
-Tylko wróć na obiad!
Po czym drzwi zostały zamknięte. Dziecko miało na sobie zieloną sukienkę i naszyjnik z białym koralikiem. Odwróciło się przodem do schodów na wyższe piętra i powiedziała:
-A, to ty. -W jej głosie słychać było radość. Marcel stał jak osłupiały na środku schodów.
-Pobawisz się ze mną? -Spytała bez ceregieli Maja.
"To okazja" -dotarło do mężczyzny, szybko zbiegł na dół i powiedział:
-Tak, oczywiście. Jestem Marcel. Twoja mama...
-Moja mama nie! Moja mama inaczej!
Mężczyzna stał jak osłupiały. Jej mama nie? Jej mama inaczej? Ale co?
-Wyjdźmy. -Powiedziała mała i wybiegła na zewnątrz. Marcel ruszył za nią.
-Czy Bóg istnieje? -Spytała Maja.
-Przecież już o to pytałaś. -Stwierdził Marcel. Spacerowali wokół kamienicy.
-No, ale -powiedziała -to nie była prawda, co sądzisz.
Mężczyzna stanął jak wryty. Ona?! Miała zaledwie sześć lat?!
-A... Ale TY masz sześć lat! -Wrzasnął.
Dziewczynka się roześmiała.
-Oczywiście -odpowiedziała -ale nie jestem zwykłą dziewczynką.
Na twarzy Marcela malowało się zdziwienie, zaskoczenie, osłupienie.
-No wiem. -Odpowiedziała. -Twarda rzeczywistość i inne duperele.
"Skąd..." -Pomyślał Marcel. Miał ochotę krzyknąć "Kim jesteś?!", ale miał wrażenie, że to niepotrzebnie skomplikuje sprawę.
-Kiedyś tej kobiecie -zaczęła Maja -zmarła córka. Załamała się. A potem mnie znalazła i przygarnęła.
Marcel nie wiedział, co powiedzieć. Stał jak osłupiały.
-A ty wierzysz w Boga, czy nie? -Spytała nieoczekiwania Maja.
-N... Nie wiem. -Odpowiedział. Bo teraz już nie wiedział. Gdy tak się wczoraj wieczorem nad tym zastanawiał, doszedł do wniosku, że niekoniecznie wierzy w to, co chce.
-Dlaczego? -Pytała mała.
-Bbo... -Co jej odpowiedzieć? -Nnie wiem...
Zapadło milczenie. Maja schyliła głowę.
-Wiesz co -powiedziała. -Myślę, że tobie po prostu brak przekonania. Nie mam pojęcia, co cię przekona o tym, że Bóg istnieje. Ale powiem Ci jedno. On istnieje, on JEST.
-Mmyślę... -Powiedział, urwał.
-No, mów. -Zachęcała Maja.
-Że po prostu... Ggdybym go poznał, to bym w Niego uwierzył.
-Chcesz poznać Boga? Chcesz wiedzieć, jaki On jest?
-Ttak. -Odpowiedział Marcel i poczuł, że popełnia błąd. -Wwiesz...
-Wiem wszystko. Prawie. Ale mogę spełnić twoje życzenie.
-Jjak!? -Był zaskoczony. W to akurat trudno było mu uwierzyć. Logika podsuwała mu myśli, że dziecko nie jest zdrowe na umyśle. Albo on sam zwariował.
-Niech się stanie! -Wykrzyknęła Maja, wyciągając ręce jak ptak.
On poczuł wibracje powietrza. Zauważył, że niebo staje się bardziej pochmurne, a budynki zaczynają znikać.
"Co jest?!" -Pomyślał. Nagle zobaczył, że znalazł się gdzie indziej. Jakby w innych czasach. Budynki zmieniły swój układ położenia. Tam, gdzie było centrum - teraz był kawałek lasu. Za nim rozciągało się wąskie pasmo drewnianych domów. Było ciemno. Czuł się nieswojo. Miał wrażenie, że dano mu większy ciężar, niż nosił przedtem... W swoim normalnym życiu.
Z jednego domów wyszła kobieta ubrana w szarą sukienkę. Miała siwe włosy i błękitne oczy. Wyglądała na niezadowoloną.
-Do dyjabła s tym! -Powiedziała.
Marcel zmarszczył brwi. Podszedł do kobiety i powiedział:
-Ccoś się stało?
Kobieta nie zareagowała. Przekrzywiła tylko głowę w lewo i mruknęła:
-Dupa.
Po czym weszła do środka domu, z którego przed chwilą wyszła. "Nie zauważyła mnie?" -Spytał sam siebie Marcel. Miał jednak przeczucie, że to coś więcej, niż zwykła ludzka ignorancja. Poczuł się zmęczony i postanowił, że pójdzie spać.
* * *
Rano obudził się z czymś dziwnym. Było to uczucie miłości. "Przecież się nie zakochałem" -Stwierdził ze zdziwieniem Marcel, wstając z trawy. Z daleka zobaczył pszenicę, wokół której stało kilkanaścioro wieśniaków.
-Panie -wołali -bądź litościwy i daj nam deszcz!
Klęknęli, schylając głowę.
Marcel poczuł lekkie ukłucie bólu. Cierpią z powodu suszy? Trzeba im pomóc... Bez namysłu pstryknął palcami. Nagle niebo pociemniało i zaczęło lać rzęsistymi strumieniami. Wieśniacy zaczęli się kłaniać, klęcząc. Wołali:
-Dziękujemy, Boże!
Marcel poczuł radość. Cieszą się. Jego kochani cieszą się. Zmarszczył brwi. "Nie jestem sobą. -Stwierdził w myślach. -Ale czuję, że ich kocham. Cieszę się, że oni także i mnie kochają".
Postanowił się przespacerować. Gdy szedł, widział ruch wiatru. Może to on był wiatrem? Czy Bóg mógł być wiatrem?
Wydawało się, że niedaleko zaszedł. Jednak wiedział, że wioski - tę, z której właśnie wyszedł i tę, do której właśnie wszedł - były oddalone od siebie o paręnaście kilometrów. Tu deszczu nie było, a ludzie stali wokół niewielkiej, drewnianej sceny. Na niej stał wysoki chłopak o czarnych włosach i zielonych oczach. Wyglądał na młodego. Ręce miał skute kajdanami. Przed nim stała podpórka na brodę z zamknięciem na szyję.
-Ten tu oto -przemawiał czyjś starszy głos -podpalał naszą wioskę! Musi zostać ukarany ścięciem głowy!
Marcel poczuł się niedobrze. W głowie mu się zakręciło. Poczuł ból w sercu. Ten młody człowiek tak naprawdę nie był winny podpaleniom. To spróchniałe drewno i upał były winne temu, że wioska zaczęła się palić. To także wina innego człowieka... Wśród tłumu Marcel iklęknął. Najgorsze było uczucie, że nic nie może zrobić. Chciało mu się płakać.
"Nie jestem już małym dzieckiem" -myślał, próbując wstrzymać łzy, które samowolnie spływały mu po policzkach.
Cierpienie. "Bóg cierpi, jak widzi krzywdzonych ludzi..." -Przemknęło w myślach Marcelowi. Spojrzał na swoje dłonie. Wyglądały zwyczajnie. "Skąd pewność -zastanawiał się -że Bóg istnieje?".
Po chwili wszystko zniknęło. Znalazł się w czarnej przestrzeni.
-Nnie rozumiem -powiedział.
-ALEŻ. -Dobiegł głos z góry. Był nijaki. Ani męski, ani kobiecy. Marcel podniósł głowę w górę.
-Kim jesteś? -Spytał.
-NIE WIESZ?
Zapadło milczenie. Nie wie? Przecież wie.
-Tak... znaczy, nnie... -Odpowiedział Marcel.
-KOCHAM WSZYSTKO. ŻYCIE KOCHAM. ALE JEDNEGO NIE MOGĘ ZAAKCEPTOWAĆ. MOGĘ CI POWIEDZIEĆ, CO TO. BO OBAWIAM SIĘ, ŻE NIE JESTEŚ W STANIE UTRZYMAĆ TAKIEGO BRZEMIENIA W SOBIE.
Marcel przez chwilę milczał, po czym odpowiedział:
-Jestem w stanie. Gdybym nie chciał zobaczyć, co Ty nosisz... Żałowałbym do końca życia. A tak wiem.... Bbędę przynajmniej wiedział.
Bóg westchnął i Marcel poczuł powiew powietrza. "Bóg jest częścią wiatru czy samym wiatrem?" -Rzuciło mu się w myślach.
-WIĘC DOBRZE. -Padła odpowiedź.
Poczuł małe ciało. Poruszył palcami u prawej ręki. Stwierdził, że leży w łóżku. Na jakieś wielkiej sali, pełnej dzieci. Było ciemno. A on nie spał. Marcel czuł się nieswojo. Zastanawiał się, co czuje. Stwierdził, że jest mu cholernie smutno. Przede wszystkim czuł się samotny. Tak cholernie samotny, jak nigdy w życiu. Chciało mu się płakać. Nie wiedział, co ze sobą zrobić. Wśród myśli przewijały także te o samobójstwie. "Przecież jestem mały, jak mogę myśleć o śmierci?" -Zdziwił się Marcel. Wiedział, że nastolatki są do tego zdolne, ale nie miał pojęcia, że młodsze dzieci również. "Ile takich bezsennych nocy spędza ten chłopak?" -Zastanawiał się. Czuł, że codziennie. Czy Bóg był samotny? Aż tak bardzo?
Zaskoczony tą myślą, spojrzał w sufit. A potem przed siebie, gdzie zobaczył dziewczynkę o blond włosach. Miała znajomą twarz.
Upadł na kolana. Pod nogami poczuł trawę. Rozglądnął się. Zobaczył swoje stare, znajome miasto. I Maję, która nadal stała tak, jakby chciała odlecieć. Patrzyła w górę.
-Taki jest Bóg -powiedziała. Po czym zemdlała.
-Maja! -Wrzasnął zaskoczony Marcel. Nie miał czasu zastanawiać się, co przez chwilą poznał. Nie miał czasu zastanawiać się, co przed chwilą poczuł. Wiedział jedno: teraz czuje przerażenie. Próbował ocucić dziewczynkę, ale bez skutku. Zerwał się na nogi. Poszukał wzrokiem kogoś. Nikogo nie zobaczył. Zaczął przed siebie biec. Wybiegł na chodnik. Pusty. Wbiegł do środka, zaczął walić w drzwi z numerkiem "2". W końcu matka dziewczynki otworzyła.
-Co się dzieje? Co pana napadło? -Padły pytania.
-Maja zemdlała! -Wrzasnął Marcel i zbiegł na dół. Nie myśląc, nie zamykając drzwi, wystraszona matka zbiegła na dół, za mężczyzną. Gdy dobiegli na miejsce, już ktoś tam był.
-Zadzwoniłam po karetkę -powiedziała średniego wzrostu dziewczyna o czarnych włosach i brązowych oczach. Miała na sobie zieloną sukienkę.
-Boże! -Wrzasnęła matka. Marcel dotknął swoich ust dłonią. "Boże, czy to przeze mnie?" -Myślał. Serce biło mu jak szalone. Chciało mu się płakać.
-Tylko nie to! -Wrzeszczała matka.
Po pięciu minutach przyjechała karetka.
-Bawiliśmy się i nagle ona... -Powiedział Marcel, odpowiadając na pytanie lekarza, co się stało.
Matka pojechała ze swoim dzieckiem. Marcel ledwo stał na nogach. Wiedział, że musi jak najszybciej się dostać do szpitala. "Boże, czemu, czemu?" -Myślał.
* * *
Przyszedł. Maja była nieprzytomna, matka rozpaczała. Siedziała, trzymając małą za rączkę.
-Boże -szeptała -tylko nie umieraj...
Marcel stał w progu do sali. Czuł się paskudnie. Czuł się winny. Czuł ból. Dlaczego ta matka, która już raz utraciła dziecko, musi jeszcze raz przeżywać ten horror? Lekarze powiedzieli, że mała może nie przeżyć następnego ranka. Mężczyzna tak stał i patrzył. Nie miał odwagi wejść do środka. Poczuł łzy na policzku. W końcu zdecydował się na wyjśćie.
* * *
Rankiem przyszedł znów do szpitala. Miał przeczucie, że to już koniec. W pokoju, w którym wcześniej leżała Maja, zobaczył puste łóżko. I matkę, która siedziała na nim. Płakała. Marcel znów nie wiedział, co zrobić. Zdecydował się jednak, że zaryzykuje. Podszedł do nieszczęsnej kobiety i usiadł obok niej. Chwycił jej dłonie i spojrzał w zapłakane oczy.
-Ja też to czuję. -Odpowiedział. I zaczął płakać.
Człowiek za dużo by chciał wiedzieć. Dajmy spokój ostatecznej prawdzie. Dorastamy, a w miarę tego tworzy się nasza ideologia - i to jest ważne. Wierzymy, że tak jest i mamy rację. Bo tak jest. Dla nas. Ja popełniłem najgorszy błąd - chciałem wiedzieć za dużo. Chciałem się dowiedzieć ostatecznej prawdy. Kosztowało to cenę życia - życia dziecka. Mimo, że mam już sześćdziesiątkę i czuję, że życie już mi się kończy, do dziś nie umiem sobie tego jednego wybaczyć...
DZIENNIK MARCELA ISGUNO, PAŹDZIERNIK 2040

digg it
del.icio.us