Zarządzaj swoim blogiem

Załóż twój blog teraz! Łatwo i za darmo

Opowieści Aleandry

01/07/2007 GMT 1

Podziemie LO

kikis @ 16:30

Za pomoc serdecznie dziękuję:
Jau, Tuulikowi, Dawidowi – Heli, Tokoece

01 luty 2006 rok - Środa

Licealista dzisiaj wstał lewą nogą. Dowiedział się dwóch rzeczy. Pierwsza, to taka, że ferie będą już niedługo. Druga to taka, że jego koleżanka z innej klasy będzie jechać na Litwę w ramach programu Comenius – Socrates (zawsze mu się myliło, który program dla kogo jest przeznaczony).
Licealista: Dlaczego ona, a nie na przykład ty?!
Kumpel: Dyrekcja traktuje to jako nagrodę za najlepsze wyniki w nauce, za jakieś wspaniałe osiągnięcia...
Licealista: Taaaa? Ale przecież TY też masz jakieś osiągnięcia!
Kumpel: Wiesz co? Po pierwsze, ona jest pupilem dyrekcji. Promują i reklamują ją, gdzie się tylko da i jak się da. Po drugie, to sprawa dyrekcji, kogo wybierze do wyjazdu.
Licealista: Wybierze?!?! To nie spytają nawet, kto chętny, tylko ot, tak, za plecami uczniów wybiera?!
Kumpel: Wiesz co, gdyby się spytali, byłoby za dużo chętnych...
Licealista: Nie sądzę, by to było jednorazowe! I nie sądzę, by to było fair wobec uczniów, wybieranie za ich plecami osób, które wyjadą za granicę, tylko dlatego, że ci mają super wyniki! Och! W dodatku o tym, że w ogóle ktoś ma wyjechać, dowiedzieliśmy się pocztą pantoflową! I to od kogoś z gimnazjum!
Kumpel: Wiedziałem, że szlag cię trafi, jak się o tym dowiesz. Szykuj się jednak na sprawdzian z geografii. Teraz będzie.
Licealista: Co takiego?! Teraz mi to mówisz?!

02 luty 2006 rok – Czwartek

Licealista dzisiaj wstał obiema nogami. W szkole żadnych rewelacji nie było. Poza tym, że Licealista miał całkiem zwyczajny dzień, był wkurzony.
Kumpel: Wiesz, co się mówi o takich kolesiach, jak Ty, Daniel?
Licealista: Nie, do cholery! Tak chciałem pojechać na Litwę teraz i teraz mi ta szansa przelatuje koło nosa...
Kumpel: A ty nadal o to się wściekasz? Ale o takich mówią: zbuntowani nastolatkowie....
Licealista: Nie jestem żadnym zbuntowanym nastolatkiem!!! Jestem wkurzonym nastolatkiem!!! Dyrekcja daje zły przykład! Dyrekcja jest zła, wybierając do fajnych rzeczy ludzi za plecami uczniów!! Kurdeee, nooo!!!
Kumpel: Ty nie jesteś zły na dyrekcję, ty masz, człowieku, PMS.

03 luty 2006 rok – Piątek

Licealista dzisiaj wstał prawą nogą. Humor miał już dobry. Pierwsza matematyka była – dowiedział się, że oblał sprawdzian. Lecz nie zepsuło mu to humoru.
Kumpel: O, widzę, że PMS już ci przeszedł...
Licealista: Piątek, nareszcie nadchodzi wolność! Ach, nie cieszysz się?
Kumpel: Wolność, nie wolność... Wiesz, przemyślałem już sobie tą całą sprawę z dyrekcją i tą naszą koleżanką... Masz rację, to jest wredne. I złe. Kiepski przykład daje młodym ludziom. I chcę, wraz z kumplami z kółka informatycznego założyć tajną stronę.
Licealista: Jaką znów tajną stronę??
Kumpel: Będzie na niej wszystko, w tym: krytyka władzy – dosadna i wprost mówiąca kto i dlaczego. Chcemy ciebie, na redaktora tego działu.
Licealista: Co?! Mnie?! Ale dlaczego?!
Kumpel: Bo dajesz ludziom do myślenia. Bo jesteś dobry.

04 luty 2006 rok – Sobota

Licealista wstał dzisiaj obiema nogami. Czuł się nijako. Jedną z przyczyn było to, że wczoraj przyjął propozycję bycia redaktorem organizacji, którą nazwał z kumplem Podziemie LO. Dzisiaj, na tajnym pokoju, założonym na Onecie, miało być spotkanie całej grupy – jego, Kumpla i jego znajomych z kółka informatycznego.
Czuł się odpowiedzialny za zadanie, które mu powierzono. Godzina 17 – godzina zero. Spotkanie na chacie, w pokoju Podziemie_lo_kijanka.
Kumpel: Witajcie, moi mili... Zebraliśmy się tu, aby omówić działalność Podziemia LO. Od czego zaczniemy?
Licealista: Chyba od tego, w jaki sposób działamy i gdzie zamierzamy się spotykać.
Kumpel: głupio tak prowadzić w tak waznych sprawach rozmowy tylko przez neta
Yoseki: Proponuję spotkania w kawiarni Pod Bzyczkiem na manhatanie
Licealista: Pierwsze słyszę o tej kawiarni.
Jackus: To taka kawiarenka, do której trudno się dostać. Otworzyli niedawno.
Kumpel: W piątki o siedemnastej i środy o tej samej porze
Licealista: pasuje
Jackus: to teraz czym sie zajmiemy?
Licealista: strona www
Yoseki: miala byc gazetka!
Kumpel: No i wygadales sie, osle patentowany! Gazetka bedzie, jak fundusze zbierzemy. A zrobimy to bardzo prosto. W kazdym razie, najpierw strona.
Licealista: Ile mamy ludzi do naszego dzialu?
Kumpel: Na razie zero, trzeba ich do nas wciagnac. Dasz rade, czy mam to zalatwic?
Yoseki: CHLOPCY!!!! DAMY RADEEEE!!!! ZWYCIEZYMY Z NIEHONOROWĄ DYREKCJĄ!!!!

05 luty 2006 – Niedziela

Licealista wstał dzisiaj lewą nogą. O ile sobotę i piątek jakoś przeżył, o tyle modlił się o to, by dał radę na poniedziałek odrobić całe stosy zadań – niektóre zaległe sprzed dwóch tygodni...

06 luty 2006 – Poniedziałek

Licealista wstał dzisiaj lewą nogą. Gdy przyszedł do szkoły, pierwsze, co miał, to niezapowiedziany sprawdzian z polskiego. Druga rzecz – nieszczęśliwa – która, mu się wydarzyła tamtego dnia, to dowiedział się o kolejnym skandalu z udziałem Samorządu Szkolnego.
Kumpel: Skandal w dyrekcji.
Licealista: Dlaczego?
Kumpel: W piątek była dyskoteka szkolna. Przygotowali sprzęt, a nawet reflektory. No i nikt nie przyszedł. Dyrekcji bardzo się to nie spodobało i stwierdziła, że pora coś z tym biednym samorządem zrobić. Zwołuje zebranie po ośmiu lekcjach. Dla chętnych i samorządu.
Licealista: Że jak?!
Kumpel: To, co słyszałeś. Mamy kolejny temat do Podziemia LO. Hanka też się na to pisze. Powiedziała, że napisze o kulisach tego, dlaczego nasza koleżanka będzie jechać na Litwę.
Licealista: O, świetnie. A ja napiszę o głupim samorządzie, który zorganizował dyskotekę, o której nikt, poza samorządem, nie wiedział.
Kumpel wybuchnął śmiechem.
Kolejne lekcje nie upłynęły zbyt dobrze dla Licealisty. Był zamyślony, a co najgorsze, miał jeszcze dwa sprawdziany, w tym jeden, na który nic nie umiał. Po lekcjach poszedł na to nieszczęsne spotkanie samorządu szkolnego, gdzie dowiedział się od dyrektorki, że: „Samorząd Szkolny jest niezorganizowany i leniwy i trzeba coś z tym zrobić”. Tylko – nie podano, CO zrobić.

07 luty 2006 – Wtorek

Licealista wstał prawą nogą. Dowiedział się, że kilka sprawdzianów z zeszłego tygodnia zaliczył. I dowiedział się również, że Yoseki na piątek przygotuje stronę Podziemia LO. Wejście na nią będzie zabezpieczone hasłem. Grafikę ma wykonać Amaterasu_1 – utalentowana licealistka ze Skwierzyna, przyjaciółka Jackusia.
Kumpel: Cholera, nie zaliczyłem chemii... I co ja teraz zrobię...
Licealista: Poprawisz albo napiszesz następny dobrze. Hania już napisała ten tekst.
Kumpel: Czytałeś?
Licealista: Nie. W domu przeczytam. Acha – w szkole proponuję posługiwać się kodem.
Kumpel: Enigmą?
Licealista się roześmiał.

08 luty 2006 – Środa

Licealista wstał prawą nogą. Szczerze mówiąc, był cały w skowronkach. Po pierwsze, nie mógł się doczekać spotkania grupy Podziemie LO. Ponadto, dowiedział się, że z matmy i geografii dostał czwórkę. Pozostałe lekcje przesiedział, byle przesiedzieć.

Spotkanie... Przyszli wszyscy: jackus, Yoseki, Kumpel, Licealista, Hanka i Elwira. Usiedli do stołu. Zaczął Kumpel, przyciszonym głosem:
-Witam na pierwszym tajnym spotkaniu tajnej organizacji Podziemie LO. Naszym zadaniem jest skrytykować dyrekcję za jej sadystyczne działania względem uczniów i doprowadzić do tego, by zmieniła swoją działalność.
-Ale w poniedziałek przecież pokazała, że nie lekceważy spraw uczniów. -Powiedziała Hanka, marszcząc brwi.
Kumpel: Hanka, dlatego musisz wykryć powody, dla których to zrobiła. Bo mi się to wydaje bardzo podejrzane. Nigdy nie pokazywała, że zależy jej na uczniach, a tym bardziej na dyskotekach.
Licealista: Zresztą, Hanka, to była pokazówka. Niczego poza tym, że nie było dyskoteki, i co sądzi o Samorządzie dyrekcja, nie można się było dowiedzieć.
Elwira: Może miało to zmobilizować opiekuna samorządu do tego, by coś zrobił z tym fantem?
Licealista: Elwira, na co są nam spekulacje? Trzeba się dowiedzieć, jakie są fakty, a nie odtwarzać sytuację II Rzeczypospolitej po zamachu stanu. Przeczytałem tekst Hanki i jest świetny. Ale uważam, że to za mało, by zmobilizować uczniów do walki.
Hanka: Więc co mam zrobić, by było dobrze?
Licealista: Dodać komentarze. Takie, które potępiają to, co zrobiła dyrekcja.
Kumpel: Słuchajcie, do piątku chcę widzieć poprawiony tekst i stronę, Yoseki. W piątek rozdzielimy, kto ma do jakiego działu napisać teksty i raz na ile ma być aktualizacja na stronie. Zajmujemy się dalej zrzeszaniem ludzi i powoli dajemy uczniom hasła dostępu, dobra?

09 luty 2006 – Czwartek

Licealista wstał lewą nogą. Czuł, że będzie miał problemy. I nie mylił się. Pierwsza lekcja – angielski. Babka opieprzyła go za to, że się nie uczy i jest kompletnym idiotą, skoro nie umie języka i chce zdawać z niego maturę.
Takie zachowanie nauczycieli wzbudziło w nim bunt.
Licealista: Tak dalej być nie może! Ta wariatka nas wszystkich wykończy!
Kumpel: I właśnie po to stworzyliśmy Podziemie LO – żeby nie wykończyła. Zajmuj się rozprzestrzenianiem pomysłu po szkole, jest już Eliza i Marek, w piątek przyjdą na nasze spotkanie. Teraz twoja kolej, chłopie.

10 luty 2006 – Piątek

Licealista wstał prawą nogą. Nie miał dzisiaj żadnego sprawdzianu, za to było spotkanie, którego nie mógł się już doczekać. Wybiła siedemnasta.
Usiedli wszyscy przy stole.
Kumpel: Witam serdecznie, zarówno nowo zebranych, jak i starych wyjadaczy. Dzisiaj rozdzielę role. Yoseki, zajmujesz się stroną i wstawianiem tekstów na stronę. Jackus, zajmujesz się reklamowaniem i pomocą Yosekiemu. Licealista, zajmujesz się działem Krytyka władzy. Hanka, zajmujesz się donosicielstwem faktycznym. Reszta – Elwira, Marek, Eliza, Sebastian, Zgred – zajmujecie się pisaniem. Są komentarze, pomysły, sugestie?
Licealista: Hanka, twój tekst już jest w porządku. Można go dać na stronę. A co z informacjami, jakie miałaś nam dostarczyć?
Hanka: Do naszej szkoły chodzi syn dyrektorki. Jest w drugiej C. Wiem, od jego kumpla, że razem się wybierali na dyskotekę. Niestety, gdy zobaczyli, że nikogo oprócz nich nie było, wyszli. Synek się wkurzył na Samorząd Szkolny i naskarżył na niego swojej matce: że nic nie robi, że to a tak jest nie tak i powiedział, że chce, by coś z tym zrobiła.
Kumpel (uśmiechając się): I oto mamy rodzinny interes. Niech o tym ktoś napisze. Acha, do środy czekamy na następne teksty. Yoseki wam zaraz poda mail, na który macie je przysyłać.
Yoseki wyjął karteczki i podał wszystkim.

11 luty 2006 – Sobota

Licealista spał do trzynastej. Obudził się ze świadomością, że oto ma ferie. Czuł się doskonale. Wszedł na stronę http://www.podziemielo.republika.pl/, wpisał hasło, po czym zauważył, że tekst Hanki o wyjeździe „najlepszej” uczennicy w ich liceum na Litwę już jest zamieszczony. Zaczął czytać – z uśmiechem:

Za plecami uczniaków

Każdy, kto chodzi do naszego liceum chociażby pół roku, zorientował się, kogo dyrekcja uwielbia: czarnowłosą grubaskę o zielonych oczach. Na imię jej Lolita D. Dyrekcja promuje ją jako „najlepszą uczennicę w szkole” i reklamuje jej postać gdzie i jak się da. W zeszłym roku Lolita D. posiadała na koniec roku szkolnego średnią 4,89 wszystkich ocen. Dostała więc nie tylko nagrodę od naszej szkoły (od 4.0. rozdawaną w postaci książek i innych pierdół), ale także świadectwo z czerwonym paskiem. W pierwszym semestrze w roku szkolnym 2005/2006 (czyli obecnym) średnia wszystkich jej ocen na koniec wyniosła... 3,99. Dlaczego więc dyrekcja nadal i z uporem maniaka dalej ją promuje?
Lolita D. uczy się, by osiągać jak najlepsze wyniki w naszej szkole. Lolita D. pracuje w świetlicy terapeutycznej i podobno – jak poinformowała mnie jedna z pracownic tegoż ośrodka, a chcąca zachować anonimowość – jest najlepsza. Ponadto Lolita D. zajmuje się pomocą w nauce jej przyjaciółce, Zuzannie K., która twierdzi, że „Lolita D. byłaby niezastąpionym wzorcem wzorowego nauczyciela”. Czy są to jednak powody, by działać za plecami uczniów?
Otóż – dyrekcja naszego kochanego liceum postanowiła wysłać Lolitę D. na Litwę w ramach programu Socrates – Comenius (zawsze mi się myli, który jest który). Jak twierdzą uczniowie – jest to działanie za plecami uczniów. Dlaczego?
Po pierwsze: gdyby nie poczta pantoflowa (która zaczęła się od... gimnazjum, będącego w naszej szkole!), nikt prócz najbliższych i samej zainteresowanej nie wiedziałby o wyjeździe na Litwę w ramach tego programu.
Po drugie: dyrekcja tej szkoły traktuje wyjazd za granicę jak jakąś nagrodę za najlepsze wyniki w nauce. Dlatego postanowiła obdarzyć nią Lolitę D. Problem w tym, że to jest uprzywilejowywanie pewnej grupy społecznej (nawet, jeśli tą grupą jest tylko jedna osoba) wobec innych grup.
Po trzecie – dyrekcja miała szansę na rozegranie tej partii uczciwie. W jaki sposób? Zawiadamiając społeczeństwo o tym, że jest możliwość wyjazdu za granicę w ramach programu unijnego. Robiąc jakieś testy np. Na posługiwanie się j. Angielskim i tego, kto będzie z nich najlepszy, tego wyśle. Nie sądzę, by Lolita D. była jedyną osobą, która umie posługiwać się angielskim. Poza tym – władza zawsze ma okazję, by daną partię rozpatrzyć uczciwie ze społeczeństwem. Szkoda tylko, że rzadko kiedy z niej korzysta.

KOMENTARZE

IGOR: Lolita D. dostała szansę na wyjazd na Litwę, ponieważ jest dziewczyną Pawełka – synka dyrektorki. Niestety, jej syneczek ma dwójkę z angielskiego, a pani D. ma opinię kujona, więc argumentem dla naszej władzy byłoby to, że po prostu... uległa przymusowi społecznemu.
AZJATKA: Lolita D. postąpiła nierozważnie, przyjmując tę propozycję. Jeśli roztrąbicie to, dlaczego ona dostała tę możliwość, to uczniowie będą jej nienawidzieć. Pani D. dostała tę propozycję z jednego powodu: jest dziewczyną Pawełeczka.
ANONIMOWA WSPÓŁPRACOWNICA DYREKTORKI: Jestem za uczniami. W tej szkole uczeń praktycznie nie ma nic do powiedzenia. A faktem jest, i to niezaprzeczalnym, że Lolita D. dostała propozycję wyjazdu na Litwę po prostu dlatego, że Pawełek poprosił o to swoją mamusię – dyrektorkę szkoły.

Licealista siedział przed monitorem i wpatrywał się w ekran jak zahipnotyzowany. Więc... Lolita D. dostała Litwę tylko dlatego, że jest kimś ważnym dla Pawełka. Licealista westchnął i postanowił, że napisze artykuł do działu „JAK BYĆ POWINNO”, który postara się utworzyć.

12 luty 2006 – Niedziela
Licealista spał do czternastej. Potem zjadł, co mu zrobiono, no i poszedł znów spać. Źle się czuł – głowa go bolała.

13 luty 2006 – Poniedziałek

Licealista był u doktora. Ma grypę. Lekarz zakazał mu wychodzić przez dwa tygodnie, nakazał leżeć w łóżku i brać jakieś – zapisane mu – leki.

Licealista (do telefonu): Cholera, Tomek, nie będzie mnie na spotkaniach przez dwa tygodnie! Jestem chory na grypę i mam zakaz wychodzenia na dwór....
Kumpel: Spoko, maroko. Już my się zgadamy na gadulcu. Jaki masz numer?
Licealista: Pięć jeden dziewięć osiem trzy dziewięć dziewięć.
Kumpel: No to odezwę się do ciebie, jak będziesz.

Licealistę głowa bolała. Poszedł do łóżka i włączył telewizor. Do jego pokoju weszła mama.
-Kochanie – powiedziała – do kogo dzwoniłeś?
-Do kumpla ze szkoły, powiedział, żebym się nie martwił. -Padła odpowiedź.
-Ale była też mowa o jakiś spotkaniach? Gdzie znikasz o godzinie siedemnastej?
-Mamo, to moja prywatna sprawa....
-Kochanie, jestem twoją matką, zwyczajnie się martwię! Mam chyba prawo wiedzieć, co mój syn robi?!
-Ale ja... Mamo, daj spokój, idę spać. Dobranoc. -Wyłączył telewizor i odwrócił się plecami do matki.
14 luty 2006 – Wtorek

Licealista leżał na łóżku i myślał o tym, jak popełnić seppuku. Dziewczyny brak, a wyjść – nie ma jak. Samotność doskwierała, zwłaszcza, że to święto zakochanych. Watentynki. Niespodziewanie zadzwoniła Hanka.
-Hej, Daniel! -Powiedziała Hanka z radością w głosie. -Wszystkiego najlepszego! Mam informacje o tym, dlaczego ta nasza ostatnia, osławiona dyskoteka się nie odbyła. Ta nasza Lolita stwierdziła, że skoro pierwsza się udała, to i druga się uda. Żeby było śmiesznie – zapomniała rozwiesić przygotowane wcześniej ogłoszenia, które później wyrzuciła do kosza, a które ja znalazłam. Tekst napiszę razem z Elwirą i wyślemy ci na maila.
Licealista: Masz z kim świętować?
Hanka: Niestety, ja nie świętuję walentynek. Pa, miłego!
Afera goni aferę – pomyślał Daniel i poszedł spać.

15 luty 2006 – Środa

Również tego dnia Licealista postanowił się wylegiwać ile wlezie. Przy obiedzie matka zaczęła:
-Synku, są ferie, po co ci koledzy i koleżanki z klasy...?
-Mamo -powiedział Daniel – nie żartuj! Przecież oni mnie wspierają duchowo!
-A ja to co, jestem tylko kasą, która ciebie utrzymuje?!
-Mamo, proszę cię, daj mi spokój.

Po obiedzie Licealista poszedł do pokoju. Położył się na łóżku, po czym zadzwonił telefon. Wstał. Za późno – mama podeszła do telefonu i pierwsza odebrała.
-Halo – spytała – kto mówi?
-Tomek, kumpel Daniela -padła odpowiedź. -Muszę z nim pogadać, a go nie ma kompie.
-Bo chory jest.
-Wiem, dlatego dzwonię. Może mi go pani dać?
-Nie, chcę się dowiedzieć, o co chodzi i ja mu przekażę.
-Mamo... -Odezwał się Daniel, stanąwszy obok telefonu. -Daj, proszę.
Mama – chcąc, nie chcąc – dała mu ten telefon i poszła do kuchni.
-To ja, Daniel. -Odezwał się Licealista do telefonu.
Kumpel: Czy ona zawsze tak?
Licealista: Tylko, jak ma PMS. O co chodzi?
Kumpel: Czekaj, zapomniałem... Aaa, wiem! Sebastian namówił tatę na drukowanie ulotek naszego Podziemia LO. To będzie na czarnym papierze, białym drukiem, format A4. Jako pierwszy pójdzie tekst Hanki o tym, dlaczego Lolita D. pojedzie na Litwę.
Licealista: To świetnie, dzięki za informacje.... A co z moim działem?
Kumpel: Nic. Na razie teksty będą do mnie przesyłane, dopóki nie będziesz mógł siadać na kompa, co?
Licealista: Okej. Powodzenia i dzięki. Pa. Acha,a jak walentynki?
Kumpel: Nie ma co mówić, spędziłem sam i się wynudziłem. Zresztą, ja ich nie świętuję. A ty?
Licealista: A dla mnie one są ważne. No to kończę już, pa.

Licealista poszedł położyć się. Zaczął się zastanawiać. Ulotki? Jak je dostanie, skoro jest chory? A może – na razie wydrukują jeden rodzaj ulotek i rozpowszechnią je dopiero po feriach? Ech...

16 luty 2006 – Czwartek

Licealista spał, tymczasem jego Kumpel Tomek czytał tekst Hanki i Elwiry o aferze związanej z dyskoteką:

Dyskotekowa afera
Elwira Z., Hanka K.

Tydzień przed feriami w naszej kochanej szkole miała odbyć się dyskoteka. Przedsięwzięcie to było przeprowadzone na znacznie większą skalę, niż poprzednie tego typu.
Przypomnijmy: w pierwszym półroczu, przed świętami Bożego Narodzenia odbyła się dyskoteka, na którą przyszło conajmniej osiemnaście osób. Salka była mała, a muzyka – roztańczona. Już sam fakt, że na imprezę przyszło tyle osób, był dla Samorządu Szkolnego sukcesem. Sukcesem, którego Samorząd nie umiał powtórzyć.
Druga dyskoteka miała się odbyć w drugim półroczu. I to z okazji Nowego Roku. Późna data, bo późna data, ale zawsze. Na dyskotekę można było kupić jeden z dwóch rodzajów biletów: karnet dla całej klasy po 12 zł lub zwykły bilet dla jednej osoby po złotówce. Na dyskotekę sprzęt był przygotowany ze znacznie większym rozmachem, niż na poprzedniej: komp, głośniki były, nawet reflektory przygotowali. Ale dlaczego przyszło zaledwie 1-2 osoby, które po dwóch czy trzech minutach wyszły, bo zobaczyły, że nikogo nie ma?
Po pierwsze – poziom poprzedniej dyskoteki. Po drugie – poziom promocji drugiej dyskoteki. Zacznijmy od pierwszego punktu...
Po pierwsze, pierwsza impreza była nudna. Muzyka – prawie ciągle to samo... Ale za to na koniec jakieś dziwne zabawy były urządzane... Ja byłam osobiście na tej dyskotece, i powiem szczerze, że końcówka została tak schrzaniona, że już gorzej wypaść nie mogła.
Po drugie, poziom promocji drugiej dyskoteki był ŻENUJĄCY! Anonimowa dziewczyna z Samorządu Szkolnego, współpracująca ściśle z Lolitą D., poinformowała mnie, że: „Całym przygotowaniem do imprezy zajmowała się tylko jedna osoba – Lolita D. Pomocy od innych oczywiście nie chciała. Na dzień przed dyskoteką spytałam się jej, gdzie są plakaty o tym, że będzia w ogóle jakaś impreza. Ta powiedziała, że w domu wydrukuje i rozwiesi. Następnego dnia okazało się, że owszem, przyniosła, ale... przypomniała sobie o tym, że powinna rozwiesić dopiero po siedmiu lekcjach, kiedy wszyscy uciekali już do domu”. Co zrobiła z nieszczęsnymi „plakatami”? Wyrzuciła do śmietnika, gdzie je znalazłam. Oto, jak wyglądały:

Były dokładnie tej wielkości, jaką powyżej przedstawiam. Egzemplarzy – osiem. W rezultacie – nikt nie wiedział o dyskotece...
Przyczyn, dlaczego dyskoteka została tak słabo wypromowana, należy się już doszukiwać w samym działaniu Samorządu Szkolnego, a to jest już temat na osobny artykuł.

Kumpel zastanawiał się, dlaczego w tym artykule mu czegoś brakuje. Postanowił zadzwonić do Hanki.
Kumpel: Hanka?
Hanka: Co?
Kumpel: Świetny tekst, ale brakuje komentarzy. Gdyby były, tekst byłby bardziej prawdziwy.
Hanka: My już nad tym pracujemy. A tak propo, kogo przyjmujemy do Podziemia LO? Tylko uczniów z naszego liceum?
Kumpel: Nie, z pozostałych też. To bez sensu, by tylko u nas była taka organizacja.... A czemu pytasz?
Hanka: Elwira ma sześciu chętnych do współpracy z szóstego liceum. Również tam nie jest najlepiej.
Kumpel: No jasne, niech przyjdą na najbliższe spotkanie!

17 luty 2006 – Piątek

Licealista wstał lewą nogą. Czuł się trochę lepiej, ale czuł, że ten dzień będzie dniem straconym.
Cholera – myślał – znów nie pójdę na spotkanie... Ciekawe, czy mogę już iść do neta?
-Kochanie, jak się czujesz? -Usłyszał głos mamy z kuchni.
-Dobrze, mamo mogę iść do kompa? -Padła odpowiedź Daniela.
-Dobrze, ale tylko na godzinkę, później wracasz do łóżka!

Licealista włączył komputer, no i Gadu – Gadu. Podłączyła się do niego Hanka:
Hanka: Czesc
Licealista: Czesc, jak teksty?
Hanka: swietnie, brakuje jeszcze tylko komentarzy, ktore za chwile dodam
Licealista: a w ogole co slychac
Hanka: a nudy, elwira zalatwila nowych czlonkow z szostego liceum
Licealista: tak?! To swietnie, a co u nich jest nie tak?
Hanka: radiowezel i nauczyciele
Licealista: nauczyciele? A to podobno w piatce byl z nimi problem
Hanka: wiesz, u nas tez jest problem z anglistka
Licealista: no tak, masz racje

18 luty 2006 – Sobota

Licealista miał wrażenie, że zdrowieje. Humor mu dopisywał. Z mamą i babcią postanowili obejrzeć film na DVD - „Dom latających sztyletów”. Obie kobiety się popłakały, a Daniel siedział jak osłupiały po filmie.
Licealista: Film był świetny...

19 luty 2006 – Niedziela

Licealista czuł, że wstał lewą nogą. Humor mu nie dopisywał. Wprawdzie czuł już się lepiej, ale... ferie minęły już w połowie...

20 luty 2006 – Poniedziałek

Licealista włączył komputer i stronę www Podziemia LO. Zobaczył lekką zmianę działów: VIII LO, VI LO i IV LO. Pod nimi kategorie tekstów, które już znał na pamięć: Krytyka władzy, Ludzie.
Licealista westchnął i kliknął na kategorię „Krytyka...” pod swoim liceum – VIII Liceum Ogólnokształcącym. Przeczytał tekst Hanki „Dyskotekowa afera”, a następnie komentarze do niego:

Memento: Lolita D. zachowała się jak idiotka! Czy ona ma alheizmera?
Marek S.: Lolita D. jest osobą nieodpowiedzialną, ale – jest pupilkiem władzy. I to z tego drugiego problemu biorą się największe afery z naszej szkoły. Afery, o których nikt nie wie, prócz uczniów i Podziemia LO.
Anita: Rozumiem, że Lolitce pomyliły się drzwi do rozumu.

Daniel pokręcił głową. Komentarze były dobre, problem w tym – KOGO komentarze? Czy to przekona ludzi do buntu? Czy to przekona dyrekcję do działania? Równie dobrze Elwira i Hanka mogą je wymyślać... Zaraz też podłączyła się do niego Hanka.
Hanka: cze
Licealista: Czesc
Hanka: Czytales tekst „Dyskotekowa afera”?
Licealista: Czytalem, jest swietny, ale komentarze maja jedno „ale”...
Hanka: co sie nie podoba znow?!
Licealista: Nie badz zla, ale pisz, kim sa ludzie, ktorzy komentuja tekst... chodzi o wiarygodnosc...
Hanka: Dobra, Maria i Edmund z szostki napisza tekst o cih radiowezle
Licealista: To swietnie, a ja juz dochodze do siebie
Licealista: co u ciebie
Hanka: a nic, siedze w domu i sie nudze

21 luty 2006 – Wtorek
Licealista cały dzień przespał z głupią świadomością, że „kolejne spotkanie mnie ominie”. Za to Kumpel miał dzisiaj dobry dzień.
Podziemie LO spotkało się tam, gdzie zwykle. Wzięli jednak większy niż zazwyczaj stolik. Największy, jaki był w kawiarence.
Kumpel: Witam szanownych zebranych i nowo przybyłych z szóstego i czwartego liceum.
Elwira: Powinniśmy chyba zmienić miejsce spotkań. Tu się robi za mało miejsca.
Edmund: Ja mam w domu piwnicę, można by ją przerobić na siedzibę.
Maria: Świetny pomysł.
Kumpel: Dobry pomysł, ale chyba najpierw wypada się zapoznać z miejscem, w którym ma być ta nasza siedziba...
Elwira: Jak tam teksty?
Edmund: Skończone, potrzebujemy jeszcze tylko jakiś komentarzy.
Hanka: Daniel chciał, byście pisali, kto komentuje.
Kumpel: Dobry pomysł. W piątek będziemy drukować ulotkę. Na pierwszej stronie tekst „Za plecami uczniaków”, a na drugiej „Dyskotekowa afera”. Z zaznaczeniem, że to ósme lo.
Edmund: Ale wiesz, nad czym się zastanawiam? Jeśli to tylko dotyczy waszego liceum, to w jaki sposób podburzycie w moim liceum?
Kumpel: I na to przyjdzie czas, moi mili. I na to. Napiszcie dwa teksty o waszych liceach, i mówię to do wszystkich. O aferach i kulisach związanych z nimi. Potem ogólnie trzeba będzie napisać. Nasz plan jest ściśle tajny i mam nadzieję, że się uda.

22 luty 2006 – Środa

Licealista wstał, podszedł do komputera i go włączył. Była godzina dwunasta, a jego matka była w pracy. Nagle zadzwonił telefon.
Kumpel: Cześć, tu Tomek.
Licealista: Hej... wychodzę z choroby, do szkoły już powinienem iść.
Kumpel: W piątek drukujemy, nowicjusze wysłali ci jeden nowy tekst i mam ważną informację. Zmieniamy siedzibę. Teraz będzie ona u Edmunda w piwnicy.
Licealista: Acha, fajnie...

Licealista odniósł wrażenie, że wszystko odbywa się za jego plecami... Wie, co się dzieje, ale nie może aktywnie uczestniczyć w organizacji Podziemie LO. „Dlaczego ktoś, kto jest chory ma nic nie robić w Podziemiu?” - Zaczął się zastanawiać.
Uruchomił www.podziemielo.republika.pl i wpisał hasło. Na stronie nie było nic nowego. Daniel zmarszczył brwi i podłączył się do Yosekiego.
Licealista: Zakładam forum, a ty zrób tak, by komentarze mogły być wpisywane pod tekstami.
Yoseki: Forum? Może to i dobry pomysł, ale... Czemu ty? Przecież się nie znasz na tych duperelach.
Licealista: Chcę coś robić. Jestem chory, ale to nie upoważnia mnie do lenistwa. Chcę, by Podziemie LO się rozwijało. I może rozpowszechnijmy ten projekt na całą Polskę?
Yoseki: Dobre pomysły masz. To zrób to forum, zobaczymy. A z rozpowszechnieniem... Najpierw zajmijmy się tym w Kijance, potem się zobaczy. Dobra?
Licealista: Dobra.

Licealista zaczął pracować nad forum. Był zbyt ambitny, żeby sobie pozwolić na założenie darmowego forum na www.fora.pl, które zresztą wolno chodzi. Daniel zabrał się do odkrywania tajników tworzenia for...

23 luty 2006 – Czwartek

Licealista czuł się dobrze, jego mama zaś – była o niego zaniepokojona.
-Spałeś tylko trzy godziny -powiedziała -chory człowiek powinien spać więcej...
-Mamo -odparł Daniel -daj spokój, musiałem zrobić coś ważnego i jeszcze nie skończyłem...
-O nie, mój misiu, nie pójdziesz do kompa, póki mi nie powiesz, nad czym pracujesz i jakie to są tajne spotkania, o których słyszę ciągle!
-Słyszysz? Skąd?
-Jak to skąd?! Człowieku, przecież w nocy przez sen mówisz: „Znów mnie ominęło tajne spotkanie”... Chyba nie należysz do sekty?!
-Mamo... To nie ma nic wspólnego z sektą... I to moja sprawa....
-DANIEL, ale TO też jest moja sprawa! Ja jestem za ciebie odpowiedzialna i jesteś jedyną osobą, poza matką, która mi jeszcze została! Nie mogę żyć w wiecznym niepokoju o ciebie! To do ciebie niepodobne!
-Ale mamo, ja naprawdę nie mogę, obiecałem kolegom...
-Co?! Więc koledzy są dla ciebie ważniejsi?! Masz szlaban trzydniowy na kompa. I nie próbuj mnie przechytrzyć.
-Ale...
-Ani mi się waż! Leż i oglądaj telewizję, rób cokolwiek, ale nie idź na kompa! Do diabła, biorę urlop.
-Mamo! Nie możesz mnie zmuszać...
-Mogę, bo jestem twoją matką i mam do tego prawo!
-Ale... Mamo...
-To mi POWIEDZ, o co chodzi z tymi tajniakami i kompem! Przecież cię nie zabiję!
Licealista siedział przez chwilę w milczeniu.
Licealista: A... nie zdradzisz nikomu?
Mama: Nikomu, kochanie.
Licealista: Wraz z grupą kolegów z liceum założyliśmy tajną organizację Podziemie LO. Ma za zadanie krytykować władzę, czyli dyrekcję, i tak zrobić, by przestała robić pewne rzeczy za plecami uczniów....
Mama: Nie macie nic lepszego do roboty?! Weź przestań! To niepoważne! Mój syn w tajnej organizacji! Ha, ha! Jak za komuny. Idę do pracy, pa, skarbie.
Pocałowała go i wyszła. Daniel poszedł na kompa, by dokończyć robotę przy forum.

24 luty 2006 – Piątek

Licealista wstał dzisiaj prawą nogą. Czuł się już lepiej. Dzisiaj mają być wydrukowane ulotki. Niestety, nie pójdzie jeszcze na spotkanie, by upewnić się co do tego, że jest zdrowy. Daniel dostał na maila tekst Edmunda i Marii o radiowęźle w VI Liceum Ogólnokształcącym. I zaczął go czytać:
Radiowęzeł tylko dla wybranych

Szóste Liceum Ogólnokształcące w Kijance cieszy się dobrą renomą. Generalnie, ludzi nie powinno to dziwić: w szkole jest zarówno gazetka szkolna, jak i radiowęzeł oraz różne formy, z których uczniowie mogą korzystać, by się rozwijać. Szkoda tylko, że radiowęzeł i gazetka to fikcyjna możliwość dla rozwoju ucznia z naszego liceum...
W VI Liceum Ogólnokształcącym w Kijance jest piętnaście klas; po pięć dla każdego rocznika. Na początku roku szkolnego dyrekcja, wraz z Samorządem Szkolnym, tzw. Radą Szkolną, zorganizowała apel dla uczniów w sprawie radiowęzła i gazetki szkolnej. Pan dyrektor, Sławomir Kac mówił uczniom: „Radiowęzeł to jedna z najlepszych form dla rozwoju osób, które wiążą swoją przyszłość z radiem. Radiowęzeł to forma otwarta dla wszystkich; każdy może do niej wejść i wyjść – jeśli tylko chce”. Niestety, w tym miejscu pan dyrektor się pomylił. Nie jest otwarta dla każdego.
Radiowęzłem opiekuje się RS, czyli wspomniana wcześniej Rada Szkolna. Niestety, tak jest tylko na papierze. W rzeczywistości nad radiem szkolnym władzę ma Kazimierz Sarczek, uczeń z klasy II D. Zaprosił on swoich kolegów i koleżanki z klasy do pracy nad radiowęzłem. To jest złe? Nie, to jest pozytywne...
Iwona K., uczennica I C i Julia O., uczennica z III A postanowiły wspólnie pracować w radiowęźle szkolnym. Iwona K. tak tłumaczy tę decyzję: „Zdecydowałyśmy się związać swoją przyszłość z radiem czy dziennikarstwem, poza tym jest to ciekawe doświadczenie”, zaraz jednak jej towarzyszka, Julia O. dodaje: „Owszem, ciekawe dla tych, którzy mają taką możliwość. W środę, w połowie września, poszłyśmy do radiowęzła i powiedzieliśmy, że chcemy w nim pracować. Powiedziano nam: nie przyjmujemy nowych osób, dosyć już mamy postaci, dziękujemy”.
Aneta R., uczennica klasy II D mówi: „Wcale do nas nie przyszły! Było za to wiele innych osób, które tak zrobiły i kompletnie nie nadawały się do tego fachu. Nie ma więc podstaw, by je przyjąć do szkolnego radiowęzła”.
Zapytaliśmy pozostałych uczniów, o to, kto rządzi w radiowęźle. -Klasa II D. Przecież to żadną tajemnicą nie jest. -Mówi Sebastian Admarz, z klasy I A. Jego kumpel, z I C dodaje: Wszyscy to wiedzą.
I chłopcy mają rację. Opiekun RS, pan Andrzej Olszewski, nauczyciel geografii nic nie robi, by przeciwstawić się tej patologii. -Nie pozwalają innym wejść? Co za bzdury, przecież nikt do nich nie przychodził, a jeśli już, to tylko złożyć propozycje programu radiowęzła. -Twierdzi. A uczniowie wiedzą swoje...
PROPONOWANE DZIAŁANIA, BY ZLIKWIDOWAĆ TĘ PATOLOGIĘ, TO:
Zdaniem pana Miłosza Esweńczyka, ucznia z I B: „wykurzyć klasę II D z radiowęzła i dać uczniów przyjaznych ludziom”
Zdaniem Emilii Koszyczek, uczennicy z I A: „Dać nadzór osobie dorosłej. Przecież nam nikt nie będzie chciał wierzyć”
Zdaniem Edmunda: „Zlikwidować radiowęzeł!”

Licealista zmarszczył brwi. Wszystko rozchodzi o informowanie uczniów i poleganie na nich. Przecież, jeśli jakiś uczeń powie coś do nauczyciela, że jakiś inny nauczyciel jest do bani, to ten nauczyciel to zignoruje... To jest chore i patologiczne... A przynajmniej tak uważał Daniel.

25 luty 2006 – Sobota

Licealista wstał lewą nogą. Stwierdził, że jest już zdrowy. Skończył forum, ale humoru nie miał. Nie wiedział tylko, dlaczego. Za oknami – śnieg. „Może to taka pogoda?” - Zastanawiał się.

26 luty 2006 – Niedziela
Licealista dzisiaj wstał lewą nogą. Nie dość, że nic mu się nie chciało, to musiał nadrobić stracony czas. A poniedziałek miał się okazać dosyć pracowitym dniem dla Licealisty....

27 luty 2006 – Poniedziałek

Tuż przed pierwszą lekcją Kumpel złapał Licealistę.
Kumpel: Posłuchaj, ja po ciebie we wtorek przyjdę. Razem pójdziemy na spotkanie naszego Podziemia. Póki co, rozdawaj uczniom ulotki. -Podał Danielowi cztery czarne kartki, zapisane białym drukiem. -Tylko uważaj na plotkarskie, Lolitę D. i Pawełeczka. Powodzenia.
Danielowi udało się rozdać wszystkim ulotki. Gdy miał oddać ostatnią, podeszła do niego Lolita D. - gruba brunetka – i powiedziała:
-Co masz w ręce?
-Coś mam. -Odpowiedział przewrotnie Daniel. Chciał odejść, ale Lolita dalej się dopytywała:
-Nie rozumiem, nikt mi nie chce pokazać! Czy to coś o mnie?! Chyba mam prawo wiedzieć, nie?!
-Lolito, uspokój się. Rozdajemy pornosy. Ale to jest tajna informacja, nie przeznaczona dla dyrekcji... -Powiedział Daniel, odchodząc naprędce i zostawiając wzburzoną Lolitę samej sobie.
Zaraz po odejściu do Licealisty przyczepił się Kumpel:
-Co jej powiedziałeś?
-Że rozdajemy pornosy. -Odpowiedział Daniel.
-Zwariowałeś! To ty będziesz się tłumaczył, a nie ja. Oddaj komuś ulotkę. I idziemy na lekcję.

28 luty 2006 – Wtorek

Wydawało się, że Licealista wstał prawą nogą. Miał ogłosić dzisiaj na spotkaniu, że zrobił forum pod adresem www.podziemielo.com.pl i miał poznać nowicjuszy w Podziemiu LO. Jednak już na pierwszej lekcji czekały go problemy. A była to chemia.
-Daniel, idziesz do dyrekcji. Natychmiast. -Powiedział nauczyciel.
-Dlaczego? -Próbował się dowiedzieć Licealista. Był wystraszony i zaskoczony. On do dyrekcji? Po co?
-Masz iść, bez dyskusji.
Skruszony Daniel poszedł do dyrekcji. Dyrektorka swoje biuro miała maluczkie, tuż obok gabinetu pani pedagog i gabinetu od języka polskiego.
-Słyszałam, że rozdawałeś pornosy. -Powiedziała. Wyglądała na wzburzoną. Licealista zrobił minę w stylu „zobaczyłem pierwszy raz w życiu coś niemożliwego”.
-Ale ja nie rozpowszechniałem pornosów! To był żart! -Powiedział.
-Skoro to nie pornosy, to co? -Spytała dyrektorka twardym głosem.
Danielowi przypomniało się to, jak powiedział mamie prawdę. Przełknął głośno ślinę i stwierdził:
-To były reklamówki imprezy dyskotekowej. Kolega kumpla z klasy organizuje imprezę i prosił, byśmy ją rozpowszechnili, rozdając uczniom ulotki.
-W takim razie spokojnie możesz mi pokazać tę ulotkę.
Licealista wykonał nerwowy ruch dłonią.
-Ale ja nie mam go przy sobie... -Powiedział.
-Jutro – powiedziała dyrektorka – chcę ją widzieć na moim biurku. A jeśli nie, to wezmę rodzica w sprawie nielegalnego rozpowszechniania treści erotycznych wśród nienastoletnich osób!
-Dobrze, pani dyrektor....
Szli od przystanku w stronę białych budynków jednorodzinnych.
Kumpel: Co powiedziałeś?
Licealista: Że to ulotka z reklamą młodzieżowej imprezy. Będę musiał ją wydrukować.
Kumpel: To Yoseki zrobi i wydrukuje. W nowej siedzibie podłączyli już kompa. Nasze biuro jest już gotowe.
Licealista: Fajni są ci nowi?
Kumpel: Taaak. Mają przynieść kilka tekstów.
Licealista: KILKA?!
Kumpel: Tak. Takich ogólnych i związanych z ich szkołami.

Siedziba Podziemia LO była mała i ciemna. Pośrodku stały krzesełka i stolik, przy ścianie – komputer z drukarką, skanerem i głośnikami.
Kumpel: Witajcie. Dzisiaj przyszedł do nas Daniel – chorował dwa tygodnie.
Elwira: Nareszcie! Kumpele z szóstego liceum i czwórki mają dla ciebie teksty. Hanka przygotowała tekst ogólny, który damy Tomkowi.
Licealista: Słuchajcie, nie traciłem czasu, gdy chorowałem. -Yoseki uśmiechnął się. -Zrobiłem forum dla naszego podziemia pod adresem www.podziemielo.com.pl.
Elwira podała Kumplowi i Danielowi teksty.
Kumpel: Yoseki, przygotuj czarną reklamówkę młodzieżowej imprezy, która odbędzie się w piątek od 20. Dyrektorka musi ją jutro mieć. Dzisiaj zawołała do siebie Daniela i chciała się dowiedzieć, co rozdawał. On powiedział, że reklamówkę.
Yoseki: Dobra, nie ma sprawy. Jackuś mi pomoże.

01 marzec 2006 – Środa

-Proszę. -Powiedział Daniel do dyrektorki, podając jej reklamówkę imprezy dla licealistów.
-W porządku. -Powiedziała, przeglądając reklamówkę. -Ale więcej nie chcę słyszeć o żadnych pornosach!

Licealista poszedł do domu. Odpoczął, odrobił lekcje i poszedł czytać teksty, którą przysłali mu uczniowie VI i IV Liceum Ogólnokształcącego w Kijance. Oto, co Daniel przeczytał:

Bo jest córką

Jeśli jesteś krewnym dyrekcji albo któregoś z nauczycieli, to do IV Liceum Ogólnokształcącego w Kijance nietrudno było Ci się dostać. Miałeś pierwszeństwo przy przyjmowaniu do szkoły, i to tylko dlatego, że byłeś krewnym kadry pedagogicznej w naszej szkole.
Jedną z takich „szczęśliwych” osób jest Ewelina Huk, która jest córką dyrektorki. Twierdzi ona jednak, że: „Moje pokrewieństwo z kadrą pedagogiczną nie miało żadnego wpływu na to, że się dostałam do tego liceum. Miałam sto osiemdziesiąt punktów i po prostu musieli mnie przyjąć”.
Udało nam się dotrzeć do papierów świadectwa gimnazjalnego panny Eweliny H., córki dyrektorki. Wyniki, jak się okazało, wcale ni były tak rewelacyjne, jak twierdzi sama zainteresowana:
Test humanistyczny – 30 p.
Test matematyczno – przyrodniczy – 40 p.
Razem: 70 p.
Punkty za pozostałe: 20 p.
Suma wszystkiego: 90 p.

Nasze liceum przyjmowało pozostałych od stu czterdziestu punktów. Przy drugim naborze zmniejszyli do stu punktów. Nasza Ewelina Huk posiadała więc „tylko” dziewięćdziesiąt punktów i dlatego nie mogła zostać przyjęta do naszego liceum zgodnie z prawem!
Córka dyrektorki ma średnią 5,7. Uczniowie zastanawiają się, jak jest to w ogóle możliwe. Marta Kumol z II E twierdzi, że: „Jej po prostu dają pytania przed klasówką i uczy się ich na pamięć!”. Sprawdziliśmy. We wtorek I C miała mieć sprawdzian z fizyki. Temat – energia i jej przemiany. Pytania mogły paść różne, ale Ewelina H. napisała tylko trzy na kartce, którą później wyrzuciła do śmieci. Wzięliśmy tę kartkę ze śmietnika, przeczytaliśmy i... sprawdziliśmy, czy pytania były te same. I BYŁY! Wiadomo – nikt nie jest wszechwiedzący. Nauczyciele więc muszą jej dawać pytania przed sprawdzianem....
OPINIE:
Ireneusz Abduk, klasa I A: To jest chamskie i nie w porządku wobec innych uczniów!
Ilona Seszuk, klasa II B: Dyrekcja szkoły od dawna była i jest skorumpowana. Niestety, chyba nic nie można zrobić w tej sprawie.
Kazimierz Maratończyk, klasa III C: Cóż zrobić? Jest, jak jest. Przecież na policję tego nie zgłosimy. Fakt ten jednak pozostaje faktem.

Licealiście wydało się to głupie. Jak można tak traktować ludzi? Nawet, jeśli miałeś te sto punktów, to wylatujesz, bo jakaś panieneczka jest córką dyrektorki... żałosne.

02 marzec 2006 – Czwartek

Licealista napisał dzisiaj dwa sprawdziany, odpowiedź ustną z historii oblał. Nie miał też najlepszego humoru. Kaśka się do niego podczepiła.
Kaśka: To skandaliczne, to co... napisano w tej ulotce, którą rozdawałeś.
Licealista: Dlatego napisano.
Kaśka: Zróbmy coś! Nie może tak być! Lolitka już jest na Litwie, a ja też chciałabym tam kiedyś pojechać!
Licealista: Ale co można zrobić?
Kaśka: Nie wiem, cokolwiek! Napisać o tym do gazety dziennej...
Licealista: Masz rację.

Poszedł do ławki. Kumpel zaraz do niego przysiadł.
Kumpel: Co jej powiedziałeś?
Licealista: Że ma rację. Co można zrobić? Po co zresztą to robimy?
Kumpel: Żeby zmienić rzeczywistość.
Licealista: Jak? Skoro to tajne, dyrekcja o tym nie wie, to jak można zmienić rzeczywistość?
Kumpel: Wystarczy, że inni będą dawać przykład niezadowolenia.
Licealista: W jaki sposób?... Przecież to bez sensu.
Kumpel: Zwątpiłeś?
Licealista: Chyba tak. Zwątpiłem w ogóle w cały świat.
Kumpel: Oj tam, jedna pała... Zimy nie czyni.

Licealista wrócił do domu.
-Co jesteś taki markotny dzisiaj? -Spytała mama, nakładając na talerze ziemniaki i sos.
-Dostałem pałę z histy, oblałem sprawdzian z biologii, a w dodatku zwątpiłem w misję naszego Podziemia LO. Skoro to wszystko jest tajne, skoro dyrekcja ma o tym nie wiedzieć, to jaki jest sens tego?
-A oceny?
-Się poprawi, mamo. Zresztą, jak mój kumpel to określił, jedna pała zimy nie czyni...
-Rozumiem, że twoim największym problemem jest teraz brak motywacji do działania w Podziemiu LO.
Usiedli przy stole i zaczęli jeść.
-Może zróbcie tak -powiedziała -nie podpisujcie się, ale rozpowszechniajcie te wasze ulotki wśród uczniów i nauczycieli też.
-Nauczycieli?!
-Skoro ma się coś zmienić, to musi o tym wiedzieć dyrekcja, żeby coś się mogło zmienić...

03 marzec 2006 – Piątek

Pierwszą lekcją w piątek była religia. Ksiądz, po odmówieniu modlitwy z uczniami tak powiedział:
-Hanka i Elwira proszone są do dyrekcji. Natychmiast.
-Dlaczego?! -Spytała się Hanka.
-Bo tak. Bez dyskusji. -Powiedział ksiądz.
Skruszone dziewczyny wyszły z klasy.
Licealista (szeptem): O co może chodzić?
Kumpel: Nie wiem, może o te ulotki cholerne... Tam się głupie podpisały, a my na to nie zwróciłyśmy uwagi...
Po lekcji Licealista i Kumpel zastali Hankę i Elwirę w męskiej ubikacji. Płakały.
-Co się dzieje? -Spytał Licealista.
Kumpel: Ech... I dlaczego wy jesteście w ubikacji dla facetów?
Elwira: Weszłyśmy do bylejakiej ubikacji...
Hanka: Dyrektorka się wściekła. Powiedziała, że to skandal. Skandal, że piszemy takie chamskie teksty. Będziemy miały obniżoną ocenę z zachowania na koniec semestru, a chcą nas przenieść dyscyplinarnie do VI Liceum Ogólnokształcącego, bo tam się właśnie zwolniło miejsce...
Kumpel: Żartujecie sobie?!
Elwira: Nie. Dyrektoreczka taka już jest, że nie lubi krytyki.

Na spotkaniu Podziemia LO również nie było zbyt ciekawie.
-Panie i panowie -powiedział Kumpel – czas skończyć z tajnością. Będziemy tajni, będziemy anonimowi, będziemy rozpowszechniać dalej nasze ulotki wśród uczniów. Ale dyrekcja będzie wiedzieć o tych ulotkach. Dyrekcja będzie widzieć niezadowolenie ludzi.
-Poza tym -podjął po chwili Licealista – chcą przenieść Elwirę i Hankę do szóstki. Nie wiem, czy to jest dobry pomysł, ale jest to naganna postawa wobec krytyki władzy. Tak nie można postępować, to jak ucieczka.
-I tę sprawę -podjęła Maria – trzeba nagłośnić.
-Ale jak? -Spytał Edmund. -Przecież uczniowie nie będą manifestować przed pokojem dyrektorów, żeby nie przenosili uczniów, bo dyrekcja ma takie prawo!
-Gdy już sprawa będzie załatwiona -podjął Licealista – napiszemy o tym do Gazety Kijańskiej.
-Zwariowałeś?! -Krzyknęła chórem cała grupa.
-Nie -powiedział Licealista – społeczeństwo musi wiedzieć, co się wyprawia i dlaczego się wyprawia w naszych szkołach. To poniżające, że dyrekcja nie daje nam możliwości krytykowania władzy, skoro w naszym kraju, w naszej Polsce ukochanej, taka możliwość istnieje!

04 marzec 2006 – Sobota

Licealista przeleżał prawie cały dzień przed telewizorem. Nic mu się nie chciało. Miał wrażenie, że wszystko jest pozbawione najmniejszego sensu.
-Co cię tak dopadła nagle jesienna depresja? -Spytała mama.
-A nie wiem. -Odpowiedział Daniel.

05 marzec 2006 – Niedziela

Licealista, chociaż bez humoru, wiedział, że musi się zabrać do roboty. Jutro znów miał jakieś sprawdziany i zaległe zadania domowe.

06 marzec 2006 – Poniedziałek

Kumpel: Rozdajemy.
-Co? -Zdziwił się Licealista.
Kumpel: Ulotki. -Podał Danielowi pięć ulotek. -Oni mogą się dowiedzieć.
Licealista, chcąc, nie chcąc, rozdał. Niektóre osoby były zbulwersowane postawą dyrekcji. Do szkoły wróciła Lolita D., której nie było od wtorku z powodu wyjazdu na Litwę.
-Marika, na Litwie było świetnie! -Powiedziała Lolita.
Marika, niska, brązowłosa dziewczyna o zielonych oczach powiedziała z wyrzutem w głosie:
-Jak śmiesz! Ja tu się staram, mam dobrą średnią, a ty sobie wyjeżdżasz na Litwę tylko dlatego, że jesteś pupilką dyrektorki!
Lolita była zszokowana. Próbowała rozmawiać z innymi osobami. Napotykała opór.
-Kto podburzył społeczeństwo przeciwko mnie?!! -Wrzasnęła.
Tomek, Kumpel Licealisty, nie mógł się nie uśmiechnąć.
-Następnym razem -powiedział -rób to legalnie.

07 marzec 2006 – Wtorek

-Od poniedziałku będziemy chodzić do VI Liceum. -Stwierdziła Hanka do Licealisty przed ostatnią lekcją.
Licealista: Kto o was napisze do Gazety Kijańskiej?
Elwira: Nie wiem, ale chyba Danka. Ona nas lubi, zna nasze problemy i umie ładnie pisze. Ją na pewno wydrukują.

Na spotkaniu Podziemia LO Yoseki poruszył ważną sprawę:
-Ludzie spoza miasta do mnie się odzywają i chcą znać hasło. Co robimy?
-Dajemy. -Powiedział Kumpel. -Edmund, masz teksty?
Edmund: Mam jeden tekst... O nauczycielach w naszej szkole.
Licealista: Hanka i Elwira przenoszą się do VI Liceum, a wy jesteście z szóstki... Mają się bać?
Edmund: Zależy do jakiej klasy trafią. Bo nie we wszystkich uczą pojebani nauczyciele, ale większość z nich taka jest.
Kumpel: To jest problem, który dręczy całą Polskę. Nie ma w tym kraju normalnych nauczycieli, są sami idiotyczni...
Licealista: Dobra, a w piątek kolejna ulotka?
Kumpel: Tak. A potem damy nawoływanie...
Licealista: Trzeba się przygotować na ataki dyrekcji. Przecież będzie chcieć wiedzieć, kto takie teksty rozpowszechnia.
Kumpel: Jackuś, wymyśliłeś coś?
Jackuś: Do piątku postaram się wymyślić jakieś rozwiązanie.
Kumpel: Oby nie było za późno, teraz czas nas goni.

08 marzec 2006 – Środa

Licealista wstał lewą nogą, chociaż samopoczucie mu się poprawiło. Zaraz, gdy przyszedł do szkoły, został wezwany do dyrekcji.
-Lolita twierdzi, że ty te ulotki rozpowszechniałeś. -Powiedziała dyrektorka.
-Jakie ulotki? -Udał zdziwienie Daniel.
Dyrektorka mu pokazała kilka czarnych kartek, które były zadrukowane białym pismem.
-Tych! -Powiedziała. -Masz coś z tym wspólnego?
-Ja? Nie. -Stwierdził Licealista.
-Nie wierzę. Jutro ma przyjść rodzic! A jeśli nie przyjdzie, to ja do niego przyjdę!

Kumpel: Co chciała?
Licealista: Dowiedzieć się, czy miałem coś wspólnego z ulotkami. Powiedziałem, że nie.
Kumpel: Cholera! Wszystko przez Kaśkę! To ona prawdopodobnie wygadała się przy Lolitce!
Licealista: To jeszcze nic. Dyrektorka żąda, by jutro przyszła do szkoły moja mama.
Kumpel: A nie dość tego zawaliłeś sprawdzian z matmy?
Licealista: Zamknij się.

Licealista wrócił do domu. Zastał mamę w kuchni.
-Mamo -powiedział -dyrektorka chce się jutro z tobą spotkać.
Mama spojrzała na syna z osłupieniem.
-Dlaczego? Coś znów nabroił? -Spytała.
-Mamo, chodzi o Podziemie LO. Dyrektorka twierdzi, że rozpowszechniałem te ulotki. Powiedziałem jej, że nie jest to prawda, ale babka i tak mi nie uwierzyła. W dodatku to wszystko przez Kaśkę, wygadała się Lolicie D.
-Oj synku, wiedziałam, że narobisz sobie przez to kłopotów... Siadaj i jedz. -Podała mu zupę ogórkową. -Chociaż z drugiej strony, dziwię się dyrektorce, bo przecież macie prawo krytykować.

09 marzec 2006 – Czwartek

Daniel przyszedł z matką do szkoły. Licealista poszedł do klasy, matka zaś – do gabinetu dyrektorki.
Mama: Dzień dobry, mój syn powiedział mi, że chciałaby się pani ze mną spotkać.
Dyrektorka: Niech pani usiądzie.
Mama usiadła.
Mama: O co chodzi?
Dyrektorka: Pani syn rozpowszechniał ulotki, które są obraźliwie dla dyrekcji. -Pokazała plik ulotek. Mama rzuciła na nie okiem. I przeczytała.
Mama: Nie widzę w tych tekstach nic obraźliwego. Uczniowie jedynie wyrażają własne zdanie o dyrekcji.
Dyrektorka: Czyżby?! Przecież to, co oni piszą, to totalne bzdury!
Mama: Nie sądzę, aby tak było. Mają dowody, więc piszą prawdę.
Dyrektorka: Jakie dowody?! Zresztą, uczeń, który krytykuje dyrekcje jest chamem!
Mama: Proszę pani, to pani jest chamką! Mój syn chce dobrze dla szkoły! To są prawie dorośli ludzie, mają umieć wyrażać własne zdanie o czymś! Pani chce im tego zabronić! Co to za szkoła?!
Dyrektorka: Proszę mnie tak nie nazywać!
Mama: Wie pani, co? Rozpoczęła pani wojnę z kimś, z kim nie powinna. W przeciągu tygodnia przeniosę mojego synka do innej szkoły! Tam, gdzie pozwalają na wyrażanie własnego zdania!
Oburzona matka wstała i wyszła.

Licealista wrócił do domu z lepszym humorem. Dostał piątkę z matmy, a nie – tak jak myślał – jedynkę.
-Mamo, dostałem pięć z matmy -oświadczył.
-To dobrze, synku. -Powiedziała mama, stawiając talerz z makaronem, sosem i kotletem przed oczyma Daniela na stół kuchenny. -Byłam dzisiaj u dyrektorki.
Usiedli przy kuchennym stole, Licealista zaczął jeść.
-I co? -Spytał.
-To jest straszna kobieta, nie pozwala na wyrażanie własnego zdania swoim uczniom... A wy macie do tego prawo.
-No właśnie... I dlatego założyliśmy tajną organizację. Smaczny ten obiad!
-Dokładkę?
-Tak.
-Kto miał zamiar napisać o Elwirze i Hance?
-Danka, o ile dobrze pamiętam.
-Posłuchaj, podasz mi adresy Elwiry i Hanki, a Dance powiecie, że nie musi tego pisać, a wręcz nie powinna. Ja się tym zajmę.
-Co?
Daniel spojrzał zaskoczony na mamę.
-Matka musi stawać po stronie syna, niezależnie od tego, czy postąpił źle, czy dobrze. Zresztą, z tym Podziemiem LO postąpiliście dobrze. I ja zamierzam o tym napisać reportaż. Pozwolicie?
Licealista: Pozwolimy.

10 marzec 2006 – Piątek

Spotkanie Podziemia LO nie zaczęło się najlepiej. Wszyscy wyglądali na zmęczonych, przez długi czas nikt się nie odzywał.
Licealista: Moja mama chce napisać o nas reportaż. I o tym, dlaczego założyliśmy Podziemie LO. -Daniel przerwał ciszę, ale na krótko. Po jego wyznaniu wszyscy oniemieli z wrażenia. Pierwszy odezwał się Yoseki:
-To świetnie!
-Ale co będzie z naszą działalnością? -Spytał Kumpel.
-Nic. -Powiedział Licealista. -Przestaniemy działać, gdy osiągniemy cel. A jesteśmy już tego bliscy. Poza tym zawsze potajemnie możemy nadzorować działalność dyrekcji. Przecież wiadomo, że gazety nie o wszystkim będą pisać. Ma zamiar od jutra zacząć, dzisiaj musi przekonać ludzi w redakcji, że to dobry pomysł.
-Więc jutro robimy nadzwyczajne zebranie -powiedział Kumpel. -O której?
-Gdzieś o siedemnastej?

11 marzec 2006 – Sobota

Spotkanie Podziemia LO rozpoczęło się o szesnastej. Wszyscy oczekiwali w napięciu na przybycie dziennikarzy. O godzinie siedemnastej weszła mama z osobą towarzyszącą – wysokim szatynem o niebieskich oczach, który fotografował wszystko i wszystkich.
Mama podeszła do stolika, wyjęła dyktafon i go włączyła.
-Dzień dobry wszystkim. -Powiedziała. -Adrian, zrób im zdjęcia.
Fotoreporter zrobił zdjęcia nie tylko osobom, ale także lokalu.
-Powiedzcie mi, dlaczego zdecydowaliście się na założenie Podziemia LO? -Spytała mama.
-Na początku wkurzało nas to, że dyrekcja ignoruje opinie uczniów. Postanowiliśmy sprzeciwić się też głupim działaniom dyrekcji... Teraz chcemy mieć swobodę wyrażania myśli o naszych liceach, mieć wpływ na to, co się w nich dzieje.
Mama przeprowadziła wywiad grupowy i podziękowała wszystkim. Na końcu życzyła, by ich cele się spełniła. Wyszła z fotoreporterem z siedziby Podziemia LO o godzinie dwudziestej. Chłopcy i dziewczęta jeszcze długo tam siedzieli.
-To było rewelacyjne -powiedziała Hanka.
-Coś mi się wydaje, że na nas nie skończą realizacji tego reportażu! -Powiedział Yoseki.
Licealista: To ma być reportaż czy artykuł? To dwie różne rzeczy....
Kumpel: Nie zawracaj sobie tym głowy, i tak masz trójkę z polskiego, więc ta wiedza na nic ci się nie przyda.
Wszyscy wybuchnęli śmiechem.

12 marzec 2006 – Niedziela

Licealista zabrał się do odrabiania lekcji. Szło mu dobrze. Po kolacji rozłożył się na tapczanie.
-Wiesz co -powiedziała mama -ja jutro odwiedzę twoją szkołę i te pozostałe, co do was należą.
-To dobrze. -Odpowiedział Daniel z uśmiechem. -A kiedy reportaż będzie gotowy?
-Redaktor obiecał, że znajdzie się w głównym, sobotnim wydaniu. A to oznacza dużo czytelników.
-Mamo, jak ty potrafisz przekonywać ludzi, jestem pod wrażeniem!
Mama uśmiechnęła się i włączyła wiadomości.

13 marzec 2006 – Poniedziałek

Kumpel: Wiesz, kiedy będzie ten artykuł w gazecie?
Licealista: W sobotę.
Kumpel: Wow! A jak ci poszło z polskiego?
Licealista: Czwórkę będę miał. Mama chce mnie przenieść do innej szkoły.
Kumpel: Żartujesz?! A ty chcesz się przenosić?!
Licealista: Szczerze mówiąc, to mi jest to obojętne...
Kumpel: Żartujesz?! A klasa, a my?!
Licealista: Z wami się przecież będę spotykać na zebraniach Podziemia LO, a klasa jest tak idiotyczna, że szkoda gadać.
Kumpel: A gdzie chce cię przenieść?
Licealista: Nie wiem jeszcze, zastanowimy się.

14 marzec 2006 – Wtorek

Spotkanie Podziemia LO było nudne.
Yoseki: Ludzie z netu chwalą naszą inicjatywę.
Licealista: Super. To co, obijamy się?
Kumpel: Nie wiem, cholera, co z tym reportażem? Czy są jakieś nowe afery gdzieś?
Danka: Nie bardzo.... Ale wiesz, szykują się nowe, tym razem z Samorządem Szkolnym.
Kumpel: No to jesteśmy zmuszeni czekać...

15 marzec 2006 – Środa

Licealista dzisiaj chodził jakiś dziwny. Był niewyspany i nic do niego nie docierało. Znów nie miał nastroju. Lolita D. przyczepiła się do niego:
-Co, szczwany lisie?! Fajnie tak obrażać ludzi?!
-Daj spokój, dobrze wiesz, że to nie ja. -Powiedział Daniel i odszedł. Czasem spotykał się z zachwytem, zwłaszcza ze strony dziewcząt. Taka Iwona po drugiej lekcji doczepiła się do niego:
-Hej, rycerzu walczący o wolność! Co tam słychać?
Ale rycerz walczący o wolność odpowiedział jej tylko:
-Spadaj.

16 marzec 2006 – Czwartek

Oczekiwanie w szkole jakby się zwiększyło. Kumpel był niecierpliwy, a Licealista łatwo się wściekał. Coś wisiało w powietrzu. Wszyscy – nawet niezwiązani z Podziemiem LO – to czuli.

17 marzec 2006 – Piątek

W szkole panowało napięcie prawie nie do wytrzymania. Uczniowie z trudem skupiali się na lekcji, nauczyciele zaś często wpadali w zamyślenie w trakcie prowadzenia zajęć. Dyrektorka wyglądała na wkurzoną.

18 marzec 2006 – Sobota

Bomba wybuchła. Daniel wziął „Gazetę Kijańską” w swoje ręce i drżącymi dłońmi trzymał ją przed oczami. Czytał, siedząc na kanapie:

Bo wkurzało ich to
Uczniowie z VIII, VI i IV Liceum Ogólnokształcącego założyli tajną organizację Podziemie LO

Pomysł narodził się miesiąc temu. Chłopcy z VIII Liceum Ogólnokształcącego: Tomek K. i Daniel R. założyli tajną organizację, którą nazwali „Podziemie LO”. Organizacja ta początkowo miała na celu przeciwstawianie się niewłaściwym – zdaniem uczniów -decyzji dyrekcji oraz chcieli mieć wpływ na to, co dzieje się w ich szkole.
Z czasem pomysł zaczął się przekształcać. Teraz chodzi im tylko o to, by móc swobodnie wyrażać opinię o dyrekcji. Ale chcieliby też mieć wpływ na rzeczywistość szkolną. -Co to za szkoła -mówi matka jednej z uczennic, która należy do Podziemia LO – która nie pozwala uczniom na wyrażanie własnych opinii o niej? Co to za szkoła, która zmusza dzieci do zakładania jakiś tajnych organizacji, i to tylko po to, by poczuły się wolne?!
Działalność „Podziemia LO” polegała na tym, by demaskować afery związane z ich szkołami, a następnie opisywać je we własnych tekstach. Rozpowszechniali je na ulotkach, które rozdawali w szkole, pozostałym uczniom. -Początkowo dyrekcja nie miała o tym wiedzieć, ale Daniel stwierdził, że to bez sensu. Bo jak można zmienić coś, jeśli się nie wie, że to coś jest złe?
W VIII Liceum Ogólnokształcącym uczniowie mieli problemy przez ulotki. Dyrektorka, Katarzyna S., nie chce widzieć więcej tych ulotek, ani nie chce słyszeć więcej o Podziemiu LO. -To oburzające, to jest znieważające naszą placówkę! -Twierdzi. Jednak sama kazała przenieść dwie uczennice do innej szkoły z powodu „dyscyplinarnych problemów”. Hanka K. i Elwira Z. twierdzą, że zostały przeniesione z powodu ulotki Podziemia LO: „Niechcący się podpisałyśmy pod tekstem. Zresztą, dotychczas miałyśmy zachowanie wzorowe. Dlaczego więc dyrekcja miałaby nas przenosić do innej szkoły? Teraz chodzimy do VI Liceum Ogólnokształcącego i szczerze powiem, że jestem z tej szkoły bardziej zadowolona, niż z ósemki.
Uczniowie, którzy są zrzeszeni w Podziemiu LO walczą o wolność słowa w swoich szkołach. Szkoda tylko, że takie działania dają słabe rezultaty. Bo uczniowie są przenoszeni do innych szkół i w dalszym ciągu są ignorowani. Czy to tak można w kraju, w którym istnieje wolność wypowiedzi?

WYWIAD Z PODZIEMIEM LO

Gazeta Kijańska: Dlaczego zdecydowaliście się założyć „Podziemie LO”?
Daniel: Bo wkurzało nas to, że dyrekcja ignoruje nasze zdanie.
Hanka: Chcieliśmy mieć wpływ na to, co dzieje się w szkole. Uważamy to za nie fair, że dyrekcja robi sobie, co chce, nie zważając na uczniów.
GK: W jaki sposób działacie?
Tomek: Posiadamy stronę pod adresem www.podziemielo.republika.pl, na którą wejść mogą wybrane osoby, gdyż są zabezpieczone. Gdy ktoś chce się dostać, to na stronie jest napisane, pod jaki numer się podłączyć.
Daniel: Mamy również własne forum, pod adresem www.podziemielo.com.pl.
Hanka: Ponadto, organizujemy dwa razy w tygodniu spotkania u kolegi, właśnie w tej siedzibie, w której jesteśmy...
Elwira: Drukujemy czarno-białe ulotki i rozdajemy je uczniom. To chyba jest najważniejsza i najbardziej podstawowa działalność naszej organizacji, od której zaczęliśmy.
GK: Jak myślicie, czy uda wam się osiągnąć cel?
Tomek: Musi!
Yoseki: Robimy to samo, co podziemie za czasów komuny! Więc coś musi zdziałać!
GK: Dziękuję.

Daniel uśmiechnął się. Ocena Podziemia LO – pozytywna. Może więc łatwiej im przyjdzie osiągnąć cel? Chciało mu się skakać z radości.
-Mamo, dziękujemy! -Wrzasnął i pocałował mamę w policzek.

19 marzec 2006 – Niedziela

Licealista uczył się. Miał dobry humor. I świadomość, że wszystko może się zmienić.

20 marzec 2006 – Poniedziałek

Kumpel: Chłopie, co za artykuł!
Licealista: Nie podoba się?
Kumpel: Jest świetny! Gdzie idziesz?
Licealista Do VI Liceum Ogólnokształcącego. Tam podobno pozwalają na większą swobodę wypowiedzi, niż tu.

21 marzec 2006 – Wtorek

Licealista nie miał zbyt dobrego humoru. W sumie, w szkole się nic działo. Gdy wrócił, zastał płaczącą mamę.
-Mamo, co się stało?!
-Babcia nie żyje -wypowiedziała drżącym głosem.
Przytulili się.

Po obiedzie Licealista zobaczył najnowsze wydanie „Gazety Kijańskiej”. Znów pisano o Podziemiu LO. I ministerstwie oświaty. Oto, co przeczytał w krótkiej informacji:

Bo zabraniają wolności słowa

Minister Edukacji otrzymał sobotnie wydanie „Gazety Kijańskiej” prosto do domu (przypomnijmy, Kazimierz M. pochodzi z Kijanek). W poniedziałek – w mgnieniu oka! - wydał rozporządzenie o tym, że uczniowie mogą krytykować swoją szkołę (ale bez obrażania ludzi w niej pracujących). Jeśli zaś chodzi o opinie o nauczycielach, to uczniowie mogą ich krytykować. Jeśli dyrekcja będzie ignorować zdanie uczniów, dostanie najpierw upomnienie, a potem – wypowiedzenie. Niestety, minister nie oświadczył, na jakieś podstawie dyrekcja ma dostawać upomnienie...

Spotkanie Podziemia LO przebiegało dosyć emocjonalnie. Jedynym człowiekiem, który nie miał humoru był Daniel.
-Co się stało? -Spytał Kumpel.
-Babcia zmarła. -Odpowiedział Licealista.
Na stoliku leżało kilka egzemplarzy dzisiejszego wydania „Gazety Kijańskiej”.
-Panie i panowie! -Powiedział Kumpel. -I tak już dużo zrobiliśmy! Teraz możemy walczyć o to, by ministerstwo oświaty jakoś uregulowało prawnie dawanie upomnień dyrekcji. Będziemy wysyłać listy z taką prośbą do ministerstwa. W końcu się zgodzą.
Hanka: A co z naszą działalnością?
Licealista: Nic, zakończyliśmy. To... już koniec.
Elwira: Nie, no! Ale spotykać się będziemy dalej?!
Kumpel: No pewnie, w końcu jesteśmy przyjaciółmi!

Było już dobrze po dwudziestej, gdy ludzie zaczęli się zbierać do domów. Danielowi ciężko było samemu wracać. Odprowadził go Kumpel.
Kumpel: Nie martw się, ona jest z tobą!

KONIEC

Być idiotką

kikis @ 16:25

Droga Mario,

Chciałbym Ci w tym liście oświadczyć, że jesteś kompletną idiotką. Takiej głupiej dziewuchy, jak TY nie widziałem w życiu! Weź się naucz logicznego myślenia i koleżeństwa, OK?

Twój Wypasiony Wróg nr 1

Zmarszczyła brwi. Kto może być jej wrogiem numer jeden? Adam? Krzysztof? Katarzyna? Emilka?... Cholera jasna! -Pomyślała. -Przecież wszyscy w tej szkole są tak popieprzeni, że żyć się nie da normalnie! Nie no...
Weszła do kuchni, która była mała, jasna, a jej ściany miały kolor zielony.
-Kochanie -usłyszała głos mamy. -I co napisał twój wielbiciel?
Maria wpadła do balkonowego jak szalona, w dłoni trzymała nieszczęsny list. Ryknęła:
-To nie wielbiciel, tylko cholerny Wypasiony Wróg numer 1, mamo!!!!
-Och -jęknęła matka, która swoje brązowe włosy miała zapięte w kitkę. Nosiła na sobie zieloną koszulkę i brązowe spodenki. Spoglądała na swoją córkę z niepokojem. Milczała.
-Mamo -powiedziała jej córka, która nosiła na sobie czerwoną spódniczkę i zielonkawy sweter -ja się chyba wynoszę z tej cholernej, wieśniackiej szkoły!!
-Och -jęknęła matka. Nadal gapiła się na swoją córkę, a konkretniej - w jej zielone oczy. Obie miały ten sam kolor włosów i oczów.
-Mamo!!! -Zdenerwowała się Maria. -Tak nie może być! Uważają, że jestem głupia! Co ja im zrobiłam! Cholera jasna, chyba są o mnie zazdrośni!
-Z twoją średnią 3.0. to się nie dziwię.
-Wiem, że w gimnazjum było lepiej, ale to jest cholerne technikum, w którym jest dwa razy wszystkiego więcej! Cholera, cholera, cholera! I co ja mam zrobić!!!
-Uspokój się.
-Nie chcę!!!
-Pograj w go.
-Nie chcę!!!
-Wyjdź na spacer.
-MAMO!!!!
Zamilkły. Matka wstała, podeszła do córki i powiedziała:
-Jeśli nie wiesz, dlaczego oni cię nienawidzą, to masz problem. To, by społeczeństwo kogoś nienawidziło, nie jest normalne. Zastanów się nad wszystkim. Nad sobą. Nad wydarzeniami. Na razie więcej komentować tego nie zamierzam. Idę zrobić kolację. -I wyszła z pokoju, zostawiając Marię stojącą jak słup soli.

* * *

-Powiedziała, że mam się zastanowić, dlaczego tak. -Powiedziała, siadając na swoim zielono-niebieskim tapczanie. Obok niej siedziała czarnowłosa dziewczyna ubrana w białą minispódniczkę i czarną, koronkową koszulkę.
-Wiesz, Mario -powiedziała koleżanka Marii -sądzę, że miała rację.
-Co?! EWELINA, przecież wiadomo, dlaczego tak jest!!! -Wrzasnęła Maria.
-Uspokój się. Problem w tym, że właśnie NIE WIADOMO. Nie możesz wszystkiego zrzucać na szkołę, na rodziców tych popaprańców, na ich nienormalność. To, że oni cię tak... nienawidzą, to też twoja zasługa.
-MOJA?!?! A niby w czym, do cholery jasnej, im zawiniłam?!
-Zastanówmy się razem... Jak się to wszystko zaczęło?

JAK TO SIĘ WSZYSTKO ZACZĘŁO - relacja Marii, nr 1

Marzyłam o zostaniu kucharką albo o założeniu małej restauracyjki. Wiadomo, że człowiek najlepiej się realizuje w danym zawodzie, jeśli ma odpowiednie wykształcenie i powołanie. Do tego celu brakowało mi jednak wykształcenia... Stwierdziłam, że kucharz małej gastronomii to idealny zawód dla zrealizowania moich marzeń! Zachwyciłam się, a ponieważ właśnie kończyłam gimnazjum, postanowiłam, że pójdę do technikum o takim profilu. No i poszłam.
Pierwsze dni w nowej szkole były wyczerpujące, ale super! Fantastico! Wszyscy się poznawali, wszyscy się kłócili o to, kto z kim i kiedy siedzi w danej ławce. Postanowiliśmy na zmianę siedzieć. W ten sposób na matmie siedziałam z Danielem, a na chemii z Magdą.
Stawaliśmy się coraz lepszą paczką kumpli. Każdy każdego lubił. Było jak w raju! Hehe, tylko pozazdrościć...

-E, no co ty? -Zdziwiła się Ewelina, pijąc zimną wodę w ciemnobłękitnej szklance. -Było aż tak cudownie?
-Oczywiście! Każdy każdemu chciał pomóc... Eeeh...
Ewelina klepnęła swoją prawą dłonią ramię Marii i powiedziała:
-Nie martw się! Będzie cudownie!
-Kiedy?!
-No jak to kiedy?! Kiedy się pogodzicie!
-Weeeeź!!!!!
-No, a teraz... Kiedy w waszej klasie wystąpił pierwszy konflikt z tobą?

PIERWSZY KONFLIKT Z MARIĄ W JEJ KLASIE - relacja Marii, nr 2

To było wtedy, kiedy... Była religia. Katechetka coś gadała. I nagle skoczyła na inny temat: homoseksualizmu. Gadała totalne bzdury: że to sam szatan, że to jest lenistwo, że to jest jakaś bzdura, wymyślona dla wygody ludzi i inne... Ja odważyłam się powiedzieć to, co sądzę! Ha! To było cudowne, czułam się później z siebie dumna!!!! A oto, co powiedziałam:
-Geje, lesbijski, biseksualiści? Są stworzeniami boskimi i wcale nie są od nas gorsi! Powiem więcej: są lepsi! I powiem tak: są milsi, fajniejsi, bardziej, no... pociągający! Wiem, wiem, myślicie sobie, że oszalałam! Ale w sumie, to myślę, że jestem - jeśli nie lesbijką - to przynajmniej biseksualistką!
Wszystkim dech zamarło z wrażenia. Najpierw myślałam, że to z zachwytu nade mną, ale później się zawiodłam. No po prostu - szlag mógł mnie spokojnie trafić w dupę, a najlepiej to w głowę, jak usłyszałam słowa Daniela na matmie:
-Wiesz, co? Myślę, że jesteś stuknięta. I to niezdrowo.
Ponieważ nie należę do nieśmiałych, cichych osóbek, pozwoliłam sobie na ripostę:
-Weź się palnij! Sam jesteś wariat!
Niestety, za głośno to powiedziałam i babka od maty wpisała mi uwagę do dziennika w stylu: "Maria na lekcji z matmy potwierdza moją tezę, że Daniel to wariat. Niestety, zrobiła to ciut za głośno".
Po tym klasa przestała mnie trochę lubić. Niektórzy mnie zaczęli ignorować, inni na mój widok się śmiali, a jeszcze inni - kręcili głową z niedowierzaniem.

-Po coś ty to wypaplała?! -Wrzasnęła wzburzona Ewelina. -Trzeba było siedzieć cicho, a nie, jak ta idiotka, na całą klasę oświadczać prawdę wszechczasów, że Daniel to wariat!
-Ale... Ale ja się broniłam! Ha! Skoro on mnie nazwał idiotką, to czemu ja jego nie mogę?! To przecież umniejszanie praw kobiet!
-Zamknij się i słuchaj, idiotko! Może on nie chciał cię obrazić! Zresztą, z czasem mógł zmienić swoje zdanie na twój temat! I w klasie są jeszcze inni, prócz Daniela! Mogłaś się przesiąść do Zdunka!
-ZDUNKA, tego kretyna?! W życiu!!!
-Ale wtedy jeszcze tego nie wiedziałaś, a zresztą, to byłoby lepsze towarzystwo niż Daniel!
-Nie zgadzam się!!
-Dziewczynki -do pokoju wpadła mama Marii w zielonej sukience. -Idę na miasto. Wy tu se gadajcie, a jak zgłodniejecie, to bierzcie co chcecie. Nara! -I poszła.
-I co, próbowałaś się jakoś pogodzić z tą twoją klasą? -Spytała Ewelina.
-No właśnie nie... Dochodziło do kolejnych konfliktów, w tym najważniejszy był na polskim.
-O co poszło?

POLSKI - WPADKA I ROZPADKA - relacja Marii nr 3

Na polskim siedziałam z Grześkiem. Dziwny z niego chłop. W każdym razie, facet od przedmiotu brał do odpowiedzi. Wypadło na Malwinkę.
-Malwinko -zwrócił się belfer do stojącej przy tablicy i z lekka zaczerwienionej ze wstydu koleżanki -powiedz mi... Dlaczego zwykle, mówiąc o utworach ze średniowiecza, nie mówimy o tym, kto jest ich autorem?
Chwila milczenia, po czym Malwinka wypala:
-Ponieważ w średniowieczu nie wynaleziono jeszcze podpisów.
Normalnie klasa wybuchłaby śmiechem, ale moja - zamarła! Tylko ja ośmieliłam się wyśmiać tę idiotkę przy tablicy i powiedzieć:
-Bo wtedy Bóg był najważniejszy i oni robili to ku chwale Bożej, a nie ludzkiej! Hie, hie!
Facet od polskiego krzywo na mnie spojrzał, a Malwinka powiedziała mu, że musi do kibla. Wyglądała, jakby zaraz miała się popłakać.

Ewelina trzymała ręce na głowie. Wrzasnęła:
-W A R I A T K A!!!!
-Ona? Pewnie, że tak. Takie głupoty przy odpowiedzi gadać...
-Nie ona, TY, kretynko!
Maria spojrzała jak wryta na Ewelinę.
-Też bym cię nie lubiła za coś takiego! Wiesz co! Jesteś nieodpowiedzialna!
-JA?! O czym ty, do jasnej cholery, gadasz?!
-O tym, że zachowywałaś się wyjątkowo chamsko w stosunku do klasy...
-Eh, nie przesadzaj...
-Ta, wiem, Marek! Ale on się nie liczy, jako twój wieloletni kumpel! Mówię o całej reszcie!
-Cóż... Zresztą, widać, że towarzystwo nie jest za dobre. Marek zgłupiał. Zrobił ze mnie narkomankę!
-Ja rozumiem, że palisz maryśkę, ale to jest narkotyk...
-NIE, to NIE JEST narkotyk, do diabła! Weź się palnij w główkę!
Zapadła cisza.
-Nie mam sił z tobą dyskutować. -Stwierdziła Ewelina, wzięła swoją czarną, skórzaną torebkę. -Cześć. -I wyszła.

* * *

Cześć, kretynko.

Powinnaś wiedzieć, że marihuana podwyższa prawdopodobieństwo schizofrenii. Ja uważam, że TY już ją masz!

Twój Ukochany Wróg nr 2

Maria położyła list na swoim brązowym biurku. Marszczyła brwi. Do jej pokoju wpadła mama.
-Wiesz, że Daniel przenosi się do innej klasy? -Spytała. Jej córka spojrzała na nią zaskoczona.
-Że niby jak? Dlaczego?
-Bo uważa, że bycie z tobą w klasie przynosi pecha. Tak mi powiedział, kretyn jeden, jak go spotkałam.
-Nie wiem, mamo. Dostałam kolejny liścik. To samo pismo, ale inny podpis. Kurde...
-Słuchaj, zastanów się, kogo pismo widziałaś i spróbuj je porównać z tym, co masz. -Wyszła.

* * *

Ewelina wpadła do pokoju jakby się paliło.
-Rany Boskie! -Wrzasnęła. -Wiesz, że to... To jest, kurwa, pierdolone, najokrutniejsze chamstwo!
Maria wstała z łóżka. Miała na sobie różową koszulkę nocną z misiami.
-Co się dzieje? -Wybąkała.
-Ten koleś, który cię wydał...
-Marek?
-Tak, Marek! On...
-Powiedz to wreszcie, kurwa!
-Rozprowadzał w szkole narkotyki. Heroinę.
-CO!? Co ty, do diabła pieprzonego, pleciesz?! Uczeń?!
-Ta...
-Nie! Nie wierzę w to!
-A jednak to prawda... I na razie będzie miał proces...
-Boże, to nie może być prawda! Idziemy!
-Gdzie?
-Do Marka!
-ZWARIOWAŁAŚ?! Kumpel, który cię zdradza, nienawidzisz go...
-Powiem mu, że jest pierdolonym, kurwa, kretynem!
-W takim razie możemy iść...

* * *

Siedzieli na kanapie, z głowami w dół.
-Cholera jasna -powiedział Marek. -Wiedziałem, że z tym kolesiem jest coś dziwnego...
-Jesteś idiotą! -Wrzasnęła nagle Maria. -Tak się dać zrobić w siano!
-Idiota... Kurwa mać... I kto to mówi...
Maria i Ewelina spojrzały zaskoczone na Marka.
-Co powiedziałeś? -Spytała Maria.
-Nic. -Padła odpowiedź.
-CO POWIEDZIAŁEŚ?! -Wykrzyknęły razem.
-NIC!!!
Maria wstała, ruszyła do biurka.
-Eeeej!!! Co robisz!!! -Wrzasnął Marek, próbując jej przeszkodzić. Niestety, Ewelina trzymała go za brzuch, więc nie mógł zagrodzić biurka Marii, która podeszła do sterty zeszytów leżącej na półce, wzięła jeden i otworzyła, po czym wydała z siebie okrzyk:
-KURWA!!!! WIEDZIAŁAM!!! KURWA!!!
-E... -Jęknęła Ewelina, puszczając Marka i podbiegając do swojej koleżanki.
-To on! To ten dupek!
Spojrzały na Marka.
-Nie, to nie ja...
-Chcesz coś dodać na swoje usprawiedliwienie? -Spytała Ewelina, podchodząc do cofającego się Marka.
-Ja rozumiem, że ona jest chamska. ALE, na litość Boską, moglibyście okazać więcej inteligencji niż ona! Nie szczuć jej! Kurwa mać, padalcy!
Do pokoju wkroczyła matka Marka, po czym powiedziała:
-Co się dzieje?
-Pani syn -oświadczyła triumfalnym głosem Ewelina -szczuł moją przyjaciółkę, Marię. Możemy pokazać dowody.

* * *

-I co teraz. -Spytała Ewelina. Obie siedziały na ławce w parku. Miały spuszczone głowy.
-Nie wiem. Cholera! Jestem idiotką!

POSŁOWIE

Utwór ten dedykuję KAŻDEMU, kto ma problemy z własną klasą. Niestety, jeśli jesteś taką osobą, to mam złą wiadomość: moim zdaniem sam/a jesteś sobie winny/a. Sprzede wszystkim dlatego, że klasa musi mieć jakieś KONKRETNE powody, dla których Cię nie lubi.

Samotnik

kikis @ 16:21

Człowiek jest istotą myślącą. Skoro tak, to najsłuszniejszym jego wnioskiem jest myśl, że Boga nie ma, a wszystko to, co wokół niego i w nim powstało narodziło się na skutek ewolucji.

DZIENNIK MARCELA ISGUNO, SIERPIEŃ 2006

Marcel Isguno siedział sobie na schodach. Był ubrany w koszulkę, spodnie i adidasy. Swoimi błękitnymi oczyma patrzył przed siebie i obserwował czarnego kota, który właśnie przechodził chodnikiem. Mężczyzna prawą dłonią podrapał się po głowie, na której miał długie, czarne włosy. Westchnął ciężko i wstał.
Przez ulicę przechodziła mała dziewczynka w zielonej sukience i białych sandałach. Jej jasne włosy były uplecione w warkocz. Wesoło patrzyła wokół siebie swymi zielonymi oczami. Podeszła do Marcela i spytała:
-Czy Bóg istnieje?
Marcel stał jak wryty. Co powiedzieć dziecku? To, że on nie wierzy w Boga? Czy to, że owszem - jest?
-Yy... -Odpowiedział. -Naturalnie, Bóg jest.
Dziewczynka się uśmiechnęła. Podskoczyła i powiedziała głośno:
-Naprawdę?! Hurra!
Mężczyzna był jeszcze bardziej zaskoczony, niż przy usłyszeniu pytania. Co było w tym takiego wesołego, że Bóg istnieje?
-A dlaczego Bóg istnieje? -Spytała mała.
Marcel wziął głęboki oddech i powiedział:
-Tego nikt nie wie.
Sam jednak podejrzewał, że Boga nie ma, lecz ludzie wymyślili go na swoje potrzeby.
-A dlaczego? -Wypytywała dalej mała nieznajoma.
-Bo... -Powiedział i urwał. "Cholera -pomyślał -księdzem nie jestem, a katolikiem na pewno nie. Co mam jej odpowiedzieć?". -To jest rzecz, której nie da się sprawdzić.
Dziecko zainteresowało się tym, dlaczego się nie da tego sprawdzić. Marcel czuł, jak złość w nim powoli narasta. Przecież nie będzie bił cudzego dziecka?
-No bo nie wiem... -Stwierdził. Dziewczynka spojrzała na niego zaskoczona. -Zresztą, kto ty jesteś?
-Maja! -Odpowiedziało bez wahania dziecko. Uśmiechała się.
Zanim jednak Marcel zdołał się dowiedzieć czegoś więcej o małej nieznajomej podeszła do nich wysoka i gruba kobieta o blond włosach i zielonych oczach. Miała na sobie sukienkę i obcasy.
-Co pan jej robi? -Spytała gromkim głosem.
-N... Nic. -Odpowiedział z lekkim wahaniem Marcel. Odczuł jednocześnie ulgę, jak i zawód.
-Jak to nic?! Czy pan jest normalny?! Zamiast odprowadzić ją na policję, to ją pan zagaduje! Chce mi pan ją porwać?!
"A nawet jeśli, to co?" -Spytał sam siebie z dozą ironii Marcel. Uwielbiał się przekomarzać, w tym jednak wypadku miał przeczucie, że nie wyszłoby mu to na zdrowie.
-Nnie, ale ta mała przyleciała do mnie z pytaniem...
Maja spojrzała na matkę i spytała:
-Mamo, czy Bóg istnieje?
Wszystkich zatkało. Marcela - no bo przecież dziecko powinno się raczej spytać "Dlaczego on nie wie, czy da się sprawdzić, skąd jest Bóg?", a matkę - no bo co ma córce odpowiedzieć?
-Nie wiem -odpowiedziała matka.
-A dlaczego? -Dopytywała się mała.
-Daj mi spokój! -Jęknęła kobieta. -Chodźmy już!
Dziewczynka z matką odeszły gdzieś na bok. Marcel stał pośrodku chodnika zbaraniały. "Czy Bóg istnieje?", "Dlaczego?" -pytania te tłoczyły się w jego umyśle i nie dawały mu spokoju. Przecież już wie, że Boga nie ma! Co mu odbija?
Nie mógł jednak zapomnieć o tym, co go dzisiaj spotkało. To dziecko i ta radość... Ciekawość... Jak jest naprawdę? Czy aby na pewno to ON ma rację? Przecież inni wierzą w co innego - w Allaha, jakieś bóstwa, niewiadomo co... Może jednak jest w błędzie? Może wszyscy są w błędzie? Zadał sobie pytanie, gdzie mógłby znaleźć ową dziewczynkę. W parku? Hm -pomyślał -to dobry pomysł. Odprężę się i zapomnę o wszystkim.

W parku jej jednak nie znalazł. Usiadł więc na brązowej ławce w cieniu jakiegoś drzewa, którego gatunku nie mógł rozszyfrować i wyjął z kieszeni mały, czerwony notesik z doczepionym na gumce długopisem. Otworzył go i zaczął pisać.

Dziś wydarzyło się coś dziwnego: dziewczynka, która pyta się o to, czy Bóg istnieje. Nie wiem dlaczego, ale to pytanie, a także całe wydarzenie ciągle nie dają mi spokoju. Teoretycznie... -Urwał. Teoretycznie? A nie praktycznie? Mniejsza z tym -pomyślał i wrócił do pisania. -Teoretycznie ten okres w życiu, kiedy się dochodzi do przekonania, jak z tym jest, mam za sobą. Ale... Sam nie wiem, cholera jasna! Muszę odnaleźć Maję i spytać ją! O to, dlaczego o takie dziwne rzeczy pyta!".

Wstał. Przespacerował się po parku. "Gdzie dzieci bywają o tej porze... A właśnie, którą mamy?" -Zaczął się zastanawiać. Sam zegarka nie posiadał, bo był zdania, że "szczęśliwi czasu nie liczą", a on sam - według niego - do takich należał. W końcu nie mieszkał w jakimś Libanie, gdzie się toczy wojna, ani w Chinach, gdzie ludzie są zamykani w więzieniu za byle powiedzenie, że "partia jest zła".

* * *

Kolejny dzień był gorący i słoneczny. Marcel Najpierw udał się do sklepu po jakąś zupkę chińską. Ku jego zdziwieniu, do tego samego sklepiku weszła ta sama kobieta, którą spotkał wczoraj. Postanowił na nią nie zwracać uwagi, ale jakoś nie mógł się oderwać od jej twarzy. Poczuł pchnięcie z tyłu. Fakt, była kolejka, a on zamiast podejść do kasy, stał w miejscu.
-Ppoproszę ostrą chińską zupkę Knorra... -Wybąkał.
Miły pan koło pięćdziesiątki uśmiechnął się do niego i podał mu jedno opakowanie zupki chińskiej. Marcel zapłacił i czym prędzej wybiegł ze sklepu, zauważywszy po drodze, że matka Mai znajdowała się o dwóch ludzi przed nim. Postanowił obserwować kobietę. Skrył się za pierwszą lepszą latarnią i obserwował wyjście sklepu. Po pięciu minutach nieznajoma - acz oczekiwana - osoba wyszła ze sklepu i skierowała się prosto ku centrum. Marcel wyszedł zza latarni. Zaczął iść powoli i niby rozglądać się wokół. -Niech nie myśli, że ją śledzę. -Myślał gorączkowo. Kobieta doszła starej kamienicy. Kamienicy, w której...
-O cholera! -Krzyknął, zaskoczony. Matka Mai spojrzała na niego zaskoczona.
-Co tu pan robi? -Spytała surowym tonem.
-Mieszkam tu -odpowiedział z uśmiechem Marcel.
"Mieszkam tu od kilku lat i nigdy jej nie zauważyłem?" -Pytał sam siebie, wchodząc za kobietą. Zauważył, że zajmowała pierwsze piętro, drzwi z numerkiem "2". Westchnął ciężko. "I co ja teraz mam niby zrobić?" -Zastanawiał się. -"Przecież nie będę stał jak głupek przy drzwiach do obcego mieszkania...".
Wszedł na drugie piętro, otworzył drzwi z numerkiem "4" i wszedł do środka.
"Zjem zupę" -pomyślał i poszedł do ciemnozielonej kuchni.

* * *

"Majka" -pomyślał. Zszedł na dół. A raczej - zamierzał zejść. W połowie drogi zauważył, że drzwi z numerkiem "2" się otwierają i wychodzi z niej Maja. Z wnętrza mieszkania dało się słyszeć głos mamy:
-Tylko wróć na obiad!
Po czym drzwi zostały zamknięte. Dziecko miało na sobie zieloną sukienkę i naszyjnik z białym koralikiem. Odwróciło się przodem do schodów na wyższe piętra i powiedziała:
-A, to ty. -W jej głosie słychać było radość. Marcel stał jak osłupiały na środku schodów.
-Pobawisz się ze mną? -Spytała bez ceregieli Maja.
"To okazja" -dotarło do mężczyzny, szybko zbiegł na dół i powiedział:
-Tak, oczywiście. Jestem Marcel. Twoja mama...
-Moja mama nie! Moja mama inaczej!
Mężczyzna stał jak osłupiały. Jej mama nie? Jej mama inaczej? Ale co?
-Wyjdźmy. -Powiedziała mała i wybiegła na zewnątrz. Marcel ruszył za nią.
-Czy Bóg istnieje? -Spytała Maja.
-Przecież już o to pytałaś. -Stwierdził Marcel. Spacerowali wokół kamienicy.
-No, ale -powiedziała -to nie była prawda, co sądzisz.
Mężczyzna stanął jak wryty. Ona?! Miała zaledwie sześć lat?!
-A... Ale TY masz sześć lat! -Wrzasnął.
Dziewczynka się roześmiała.
-Oczywiście -odpowiedziała -ale nie jestem zwykłą dziewczynką.
Na twarzy Marcela malowało się zdziwienie, zaskoczenie, osłupienie.
-No wiem. -Odpowiedziała. -Twarda rzeczywistość i inne duperele.
"Skąd..." -Pomyślał Marcel. Miał ochotę krzyknąć "Kim jesteś?!", ale miał wrażenie, że to niepotrzebnie skomplikuje sprawę.
-Kiedyś tej kobiecie -zaczęła Maja -zmarła córka. Załamała się. A potem mnie znalazła i przygarnęła.
Marcel nie wiedział, co powiedzieć. Stał jak osłupiały.
-A ty wierzysz w Boga, czy nie? -Spytała nieoczekiwania Maja.
-N... Nie wiem. -Odpowiedział. Bo teraz już nie wiedział. Gdy tak się wczoraj wieczorem nad tym zastanawiał, doszedł do wniosku, że niekoniecznie wierzy w to, co chce.
-Dlaczego? -Pytała mała.
-Bbo... -Co jej odpowiedzieć? -Nnie wiem...
Zapadło milczenie. Maja schyliła głowę.
-Wiesz co -powiedziała. -Myślę, że tobie po prostu brak przekonania. Nie mam pojęcia, co cię przekona o tym, że Bóg istnieje. Ale powiem Ci jedno. On istnieje, on JEST.
-Mmyślę... -Powiedział, urwał.
-No, mów. -Zachęcała Maja.
-Że po prostu... Ggdybym go poznał, to bym w Niego uwierzył.
-Chcesz poznać Boga? Chcesz wiedzieć, jaki On jest?
-Ttak. -Odpowiedział Marcel i poczuł, że popełnia błąd. -Wwiesz...
-Wiem wszystko. Prawie. Ale mogę spełnić twoje życzenie.
-Jjak!? -Był zaskoczony. W to akurat trudno było mu uwierzyć. Logika podsuwała mu myśli, że dziecko nie jest zdrowe na umyśle. Albo on sam zwariował.
-Niech się stanie! -Wykrzyknęła Maja, wyciągając ręce jak ptak.
On poczuł wibracje powietrza. Zauważył, że niebo staje się bardziej pochmurne, a budynki zaczynają znikać.
"Co jest?!" -Pomyślał. Nagle zobaczył, że znalazł się gdzie indziej. Jakby w innych czasach. Budynki zmieniły swój układ położenia. Tam, gdzie było centrum - teraz był kawałek lasu. Za nim rozciągało się wąskie pasmo drewnianych domów. Było ciemno. Czuł się nieswojo. Miał wrażenie, że dano mu większy ciężar, niż nosił przedtem... W swoim normalnym życiu.
Z jednego domów wyszła kobieta ubrana w szarą sukienkę. Miała siwe włosy i błękitne oczy. Wyglądała na niezadowoloną.
-Do dyjabła s tym! -Powiedziała.
Marcel zmarszczył brwi. Podszedł do kobiety i powiedział:
-Ccoś się stało?
Kobieta nie zareagowała. Przekrzywiła tylko głowę w lewo i mruknęła:
-Dupa.
Po czym weszła do środka domu, z którego przed chwilą wyszła. "Nie zauważyła mnie?" -Spytał sam siebie Marcel. Miał jednak przeczucie, że to coś więcej, niż zwykła ludzka ignorancja. Poczuł się zmęczony i postanowił, że pójdzie spać.

* * *

Rano obudził się z czymś dziwnym. Było to uczucie miłości. "Przecież się nie zakochałem" -Stwierdził ze zdziwieniem Marcel, wstając z trawy. Z daleka zobaczył pszenicę, wokół której stało kilkanaścioro wieśniaków.
-Panie -wołali -bądź litościwy i daj nam deszcz!
Klęknęli, schylając głowę.
Marcel poczuł lekkie ukłucie bólu. Cierpią z powodu suszy? Trzeba im pomóc... Bez namysłu pstryknął palcami. Nagle niebo pociemniało i zaczęło lać rzęsistymi strumieniami. Wieśniacy zaczęli się kłaniać, klęcząc. Wołali:
-Dziękujemy, Boże!
Marcel poczuł radość. Cieszą się. Jego kochani cieszą się. Zmarszczył brwi. "Nie jestem sobą. -Stwierdził w myślach. -Ale czuję, że ich kocham. Cieszę się, że oni także i mnie kochają".
Postanowił się przespacerować. Gdy szedł, widział ruch wiatru. Może to on był wiatrem? Czy Bóg mógł być wiatrem?
Wydawało się, że niedaleko zaszedł. Jednak wiedział, że wioski - tę, z której właśnie wyszedł i tę, do której właśnie wszedł - były oddalone od siebie o paręnaście kilometrów. Tu deszczu nie było, a ludzie stali wokół niewielkiej, drewnianej sceny. Na niej stał wysoki chłopak o czarnych włosach i zielonych oczach. Wyglądał na młodego. Ręce miał skute kajdanami. Przed nim stała podpórka na brodę z zamknięciem na szyję.
-Ten tu oto -przemawiał czyjś starszy głos -podpalał naszą wioskę! Musi zostać ukarany ścięciem głowy!
Marcel poczuł się niedobrze. W głowie mu się zakręciło. Poczuł ból w sercu. Ten młody człowiek tak naprawdę nie był winny podpaleniom. To spróchniałe drewno i upał były winne temu, że wioska zaczęła się palić. To także wina innego człowieka... Wśród tłumu Marcel iklęknął. Najgorsze było uczucie, że nic nie może zrobić. Chciało mu się płakać.
"Nie jestem już małym dzieckiem" -myślał, próbując wstrzymać łzy, które samowolnie spływały mu po policzkach.
Cierpienie. "Bóg cierpi, jak widzi krzywdzonych ludzi..." -Przemknęło w myślach Marcelowi. Spojrzał na swoje dłonie. Wyglądały zwyczajnie. "Skąd pewność -zastanawiał się -że Bóg istnieje?".
Po chwili wszystko zniknęło. Znalazł się w czarnej przestrzeni.
-Nnie rozumiem -powiedział.
-ALEŻ. -Dobiegł głos z góry. Był nijaki. Ani męski, ani kobiecy. Marcel podniósł głowę w górę.
-Kim jesteś? -Spytał.
-NIE WIESZ?
Zapadło milczenie. Nie wie? Przecież wie.
-Tak... znaczy, nnie... -Odpowiedział Marcel.
-KOCHAM WSZYSTKO. ŻYCIE KOCHAM. ALE JEDNEGO NIE MOGĘ ZAAKCEPTOWAĆ. MOGĘ CI POWIEDZIEĆ, CO TO. BO OBAWIAM SIĘ, ŻE NIE JESTEŚ W STANIE UTRZYMAĆ TAKIEGO BRZEMIENIA W SOBIE.
Marcel przez chwilę milczał, po czym odpowiedział:
-Jestem w stanie. Gdybym nie chciał zobaczyć, co Ty nosisz... Żałowałbym do końca życia. A tak wiem.... Bbędę przynajmniej wiedział.
Bóg westchnął i Marcel poczuł powiew powietrza. "Bóg jest częścią wiatru czy samym wiatrem?" -Rzuciło mu się w myślach.
-WIĘC DOBRZE. -Padła odpowiedź.
Poczuł małe ciało. Poruszył palcami u prawej ręki. Stwierdził, że leży w łóżku. Na jakieś wielkiej sali, pełnej dzieci. Było ciemno. A on nie spał. Marcel czuł się nieswojo. Zastanawiał się, co czuje. Stwierdził, że jest mu cholernie smutno. Przede wszystkim czuł się samotny. Tak cholernie samotny, jak nigdy w życiu. Chciało mu się płakać. Nie wiedział, co ze sobą zrobić. Wśród myśli przewijały także te o samobójstwie. "Przecież jestem mały, jak mogę myśleć o śmierci?" -Zdziwił się Marcel. Wiedział, że nastolatki są do tego zdolne, ale nie miał pojęcia, że młodsze dzieci również. "Ile takich bezsennych nocy spędza ten chłopak?" -Zastanawiał się. Czuł, że codziennie. Czy Bóg był samotny? Aż tak bardzo?
Zaskoczony tą myślą, spojrzał w sufit. A potem przed siebie, gdzie zobaczył dziewczynkę o blond włosach. Miała znajomą twarz.
Upadł na kolana. Pod nogami poczuł trawę. Rozglądnął się. Zobaczył swoje stare, znajome miasto. I Maję, która nadal stała tak, jakby chciała odlecieć. Patrzyła w górę.
-Taki jest Bóg -powiedziała. Po czym zemdlała.
-Maja! -Wrzasnął zaskoczony Marcel. Nie miał czasu zastanawiać się, co przez chwilą poznał. Nie miał czasu zastanawiać się, co przed chwilą poczuł. Wiedział jedno: teraz czuje przerażenie. Próbował ocucić dziewczynkę, ale bez skutku. Zerwał się na nogi. Poszukał wzrokiem kogoś. Nikogo nie zobaczył. Zaczął przed siebie biec. Wybiegł na chodnik. Pusty. Wbiegł do środka, zaczął walić w drzwi z numerkiem "2". W końcu matka dziewczynki otworzyła.
-Co się dzieje? Co pana napadło? -Padły pytania.
-Maja zemdlała! -Wrzasnął Marcel i zbiegł na dół. Nie myśląc, nie zamykając drzwi, wystraszona matka zbiegła na dół, za mężczyzną. Gdy dobiegli na miejsce, już ktoś tam był.
-Zadzwoniłam po karetkę -powiedziała średniego wzrostu dziewczyna o czarnych włosach i brązowych oczach. Miała na sobie zieloną sukienkę.
-Boże! -Wrzasnęła matka. Marcel dotknął swoich ust dłonią. "Boże, czy to przeze mnie?" -Myślał. Serce biło mu jak szalone. Chciało mu się płakać.
-Tylko nie to! -Wrzeszczała matka.
Po pięciu minutach przyjechała karetka.
-Bawiliśmy się i nagle ona... -Powiedział Marcel, odpowiadając na pytanie lekarza, co się stało.
Matka pojechała ze swoim dzieckiem. Marcel ledwo stał na nogach. Wiedział, że musi jak najszybciej się dostać do szpitala. "Boże, czemu, czemu?" -Myślał.

* * *

Przyszedł. Maja była nieprzytomna, matka rozpaczała. Siedziała, trzymając małą za rączkę.
-Boże -szeptała -tylko nie umieraj...
Marcel stał w progu do sali. Czuł się paskudnie. Czuł się winny. Czuł ból. Dlaczego ta matka, która już raz utraciła dziecko, musi jeszcze raz przeżywać ten horror? Lekarze powiedzieli, że mała może nie przeżyć następnego ranka. Mężczyzna tak stał i patrzył. Nie miał odwagi wejść do środka. Poczuł łzy na policzku. W końcu zdecydował się na wyjśćie.

* * *

Rankiem przyszedł znów do szpitala. Miał przeczucie, że to już koniec. W pokoju, w którym wcześniej leżała Maja, zobaczył puste łóżko. I matkę, która siedziała na nim. Płakała. Marcel znów nie wiedział, co zrobić. Zdecydował się jednak, że zaryzykuje. Podszedł do nieszczęsnej kobiety i usiadł obok niej. Chwycił jej dłonie i spojrzał w zapłakane oczy.
-Ja też to czuję. -Odpowiedział. I zaczął płakać.

Człowiek za dużo by chciał wiedzieć. Dajmy spokój ostatecznej prawdzie. Dorastamy, a w miarę tego tworzy się nasza ideologia - i to jest ważne. Wierzymy, że tak jest i mamy rację. Bo tak jest. Dla nas. Ja popełniłem najgorszy błąd - chciałem wiedzieć za dużo. Chciałem się dowiedzieć ostatecznej prawdy. Kosztowało to cenę życia - życia dziecka. Mimo, że mam już sześćdziesiątkę i czuję, że życie już mi się kończy, do dziś nie umiem sobie tego jednego wybaczyć...

DZIENNIK MARCELA ISGUNO, PAŹDZIERNIK 2040

Niewidoma

kikis @ 16:19

Była wysoką dziewczyną o długich włosach. Miała na sobie sweter, spodnie i adidasy. W prawej dłoni trzymała torebkę.
Stanęła przed budynkiem szkolnym. Wiedziała jak wygląda - jest duży, w połowie oszklony. Zawsze marzyła o tym, by wejść do środka i zobaczyć wnętrza tej budowli, ale nigdy nie było jej to dane.
Weszła do środka. Nie wyczuła nikogo - korytarz był pusty. Zaczęła iść prosto przed siebie. Nagle usłyszała za sobą czyjeś kroki. To nie był znany jej zapach. Odwróciła się napięcie. Osoba ją minęła. Spojrzała na nią.
-Proszę pana... -Powiedziała nieco nieśmiało. Bała się, że jej rozmówca zrozumie, kim jest.
-Tak? -Spytał nieznajomy.
-Gdzie jest gabinet numer czternaście?
-Prosto, skręt w prawo i trzecie drzwi. -Dziewczyna już szła przed siebie, a on stał w miejscu. Miał niejasne przeczucie, że powinien pomóc tej nieznajomej. Ruszył powolnym krokiem przed siebie.
Ona - kierując się drogą, jaką wskazał jej mężczyzna - trafiła na korytarz. Zupełnie nie wiedziała, od której strony szukać tych drzwi. Od prawej czy lewej? Podeszła do ściany i zaczęła iść wzdłuż niej. Natrafiła na jakieś drzwi. Wyczuła szklaną tabliczkę. Skrzywiła się. To jak teraz odnajdzie właściwy gabinet? Do lekcji pozostało zaledwie dziesięć minut, a ona z szukaniem mogła się cackać znacznie dłużej.
-Pomóc w czymś? -Spytała wcześniej napotkana osoba.
-Nie, poradzę sobie sama. -Odpowiedziała, ale w jej głosie drżała nutka niepewności. "Cholera" -pomyślała. -"Może po prostu...", urwała tę myśl. Poczuła przy sobie postać mężczyzny. Wziął ją za rękę i zaczął prowadzić prosto. Gdy przystanęli, dotknął drzwi i powiedział:
-To tutaj.
"Czy zawsze będę potrzebowała pomocy innego człowieka, by mi pomógł znaleźć potrzebne miejsce?" -Zastanawiała się. I rozpłakała się. Zaskoczony towarzysz nie wiedział jak postąpić. Przytulić? Powiedzieć coś?
W tym momencie rozległ się dzwonek na lekcje. Mężczyzna pobiegł przed siebie, w jakimś kierunku trudnym do określenia. Dziewczyna się uspokoiła. Chwilę stała samotna, a potem do niej dołączyło trzynaście innych osób. Wśród nich były dwie dziewczyny, które od razu przyczepiły się do "nowej", jak ją nazwały.
-Hej! -Powiedziała jedna z nich. -Jestem Olka, a ty?
-Malwina -padła odpowiedź.
Dziewczyny zaczęły ze sobą rozmawiać. Tak, jakby nic je nie dzieliło. Przyszedł nauczyciel. Malwina była zaskoczona, że to jest ten sam mężczyzna, którego spotkała wcześniej.
Weszli do klasy. Usiedli w ławkach, Olka z nową koleżanką.
-Dzień dobry -mówił nauczyciel. -W tym roku czeka was ciężkie zadanie. Będziecie musieli zmierzyć się z walką o oceny na świadectwo maturalne. Z kolei przedmioty maturalne będą was traktowały bardzo ostro...
I tak prawie nikt nie słuchał zrzędzenia mężczyzny, który stał prawdopodobnie przy tablicy. Większość uczniów była zajęta sobą.
-Marek, te wakacje były świetne! -Stwierdził jeden z chłopaków, na co drugi:
-Chyba żartujesz! Takich dupnych wakacji to ja w życiu nie miałem!
Malwina rozmawiała z Olką.
-A właśnie -powiedziała ta druga -jak minęły wakacje?
-Dobrze -padła odpowiedź. Towarzyszka "nowej" zmarszczyła brwi. "Dziwne" -pomyślała i wzruszyła ramionami.

* * *

Spodziewali się przynajmniej miesiąca pełnego swobody. Jak bardzo się mylili, przekonali się następnego ranka - już na pierwszej lekcji z języka polskiego.
-Na następnej lekcji będzie krótki sprawdzian ze starożytności. -Powiedziała nauczycielka, która stała - jak przypuszczała Malwina - obok rzędu przy ścianie. -A teraz otwórzcie podręczniki na pierwszej stronie o romantyzmie.
Olka siedziała z Malwiną. Cały czas zastanawiała się, czemu jej koleżanka nie zdejmuje okularów przeciwsłonecznych. Dziewczyna miała je na sobie nawet w klasie. Teraz zadrżała. Bo jej książka była inna, niż reszty. Co robić?
-Czemu nie otwierasz książki? -Zdziwiła się Olka, otwierając swoją na wymaganą stronę.
-A po co, skoro masz swoją i możemy razem z niej czytać? -Spytała Malwina, uśmiechając się lekko. Miała przeczucie, że źle postępuje. Ale postanowiła zaryzykować.
-Dobrze... -Powiedziała nauczycielka. Swój wzrok skierowała na Malwinę i dziewczyna o tym wiedziała. -Niech nam fragment o rozpoczęciu tej epoki przeczyta Malwina.
Dziewczyna zadrżała. Schyliła głowę w dół, niby to patrząc w książkę, po czym powiedziała:
-Nie mogę, proszę pani.
-Dlaczego?
Mogła się przyznać. Ale nie chciała.
-Bo się wstydzę.
Nauczycielka była zaskoczona. Spodziewała się wszystkiego, ale nie tego.
-Zostaniesz po lekcji -stwierdziła tylko.
Gdy wszyscy wyszli z klasy - prócz Malwiny - nauczycielka od polskiego powiedziała:
-Dlaczego nie chciałaś otworzyć swojej książki?
Dziewczyna milczała.
-Może powinnaś mieć zajęcia indywidualne?
-Nie!
-Dlaczego? Pomogłoby ci to i...
-Nie, poradzę sobie sama. Przecież nie jestem aż taka niedołężna, by nie radzić sobie w społeczności ludzkiej.
Tymczasem na korytarzu zagadał Olkę zagadał Marek:
-Co tam słychać?
-Nowa jest dziwna. -Padła odpowiedź.
-No wiesz, to, że nosi okulary słoneczne, nic nie znaczy. Może tym manifestuje swoją odmienność. Wiesz przecież, jacy są teraz ludzie.
Olka spojrzała prosto na Marka i powiedziała:
-Ona mogła przeczytać tę rameczkę na spokojnie. Ona coś ukrywa.
-Weź przestań! Każdego byś podejrzewała!
W tym momencie z gabinetu wyszła Malwina. Olka podbiegła do dziewczyny i spytała:
-Czego chciała?
-Czepiała się, że jej nie słucham na lekcji.

* * *

Siedziały razem na jednej ławce i rozmawiały ze sobą. Podszedł do nich Marek. Od samego początku podobała mu się Malwina.
-Hej, dziewczyny, co porabiacie? -Spytał.
-Rozmawiamy o kotletach -stwierdziła Olka. Malwinie wydało się, że Markowi chce się śmiać. Zrozumiała, że to był żart przyjacielski, zrozumiały tylko dla niego i Olki.
Marek przysunął się do Olki i szepnął jej na ucho:
-Daj mi porozmawiać z nową.
-Po co? -Odszepnęła dziewczyna.
-Chcę ją zaprosić.
Malwina to wszystko słyszała. Ale udawała, że nie.
Olka wstała i powiedziała:
-Idę do sklepu kupić nam coś do schrupania. -I pobiegła. Marek usiadł obok Malwiny i powiedział:
-Podobasz mi się.
Na to dziewczyna nie była przygotowana. Zrobiła taki ruch, jakby chciała spojrzeć prosto w oczy swojemu towarzyszowi. Co miała mu powiedzieć? Tyle uczuć się w niej kłębiło, że milczała. Bała się. Było jej smutno. Poczuła pragnienie płaczu. Zacisnęła pięści.
-Spotkajmy się jutro. Przed katedrą. -Powiedział. -Pójdziemy na lody...
-Dobrze -odpowiedziała, tłumiąc w sobie płacz. Ledwo jej się udało, by w głosie nie było słychać żadnych płaczliwych dźwięków. Marek się uśmiechnął i poszedł.
Malwina zakryła swoją twarz dłońmi. Nie chciała się popłakać. Nie teraz, przy ludziach. Przyszła Olka, zastając ją w takim stanie.
-Co się stało? -Spytała.
-Nic. -Odpowiedziała Malwina. -W porządku, tylko po prostu to jest dla mnie zbyt ciężkie... Nowe środowisko, a tu nagle Marek mnie zaprasza na lody.
Olka się ucieszyła. W końcu osiągnął to, co chciał. A chciał poderwać nową. Dowiedzieć się czegoś o nieznajomej. I przede wszystkim, chciał, by ona się w nim zakochała ze wzajemnością.
-To powodzenia -powiedziała Olka, siadając obok Malwiny. -Niedługo dzwonek.

* * *

Usiadła na łóżku. Okulary położyła na biurko. Zaczęła się zastanawiać nad tym, co ją dzisiaj spotkało. Naprawdę Marek ją zaprosił? Czyżby naprawdę mu się podobała?... No tak, to pewnie dlatego, że nie wie, kim ona jest. Gdyby wiedział, to by się nie odważył.
Wstała i podeszła do lustra. Jej matka, przechodząc obok pokoju, zobaczyła odbicie swojej córki. I białe oczy w jej twarzy.

* * *

Cały dzień praktycznie nie rozmawiały o niczym innym, jak tylko o Marku i dzisiejszym spotkaniu. -Wiesz -powiedziała Olka, siadając na parapecie okna. Znajdowały się na korytarzu. -Marek lubi patrzeć dziewczynie prosto w oczy.
Malwina wystraszyła się. Co będzie, jeśli będzie chciał spojrzeć w jej oczy?
-Nie martw się -powiedziała Olka -on jest zdolny do wszystkiego, ale nie do zmuszania dziewczyn do czegoś, czego nie chcą zrobić.
Ta myśl trochę uspokoiła Malwinę. Olka natomiast zastanawiała się: "Ona ma coś nie tak z oczami. Dziwna dziewczyna. Może Marek czegoś się dowie".

* * *

Stała przed katedrą. Czuła się trochę niepewnie... Przyjdzie, czy nie? O, jest. Idzie ku niej. Uśmiecha się...
-To co, idziemy na lody? -Spytał.
Zgodziła się. Postawił jej truskawkowe, jej ulubione. Usiedli na ławce w parku.
-Czemu się przeniosłaś? -Spytał.
-Bo marzyłam o tej szkole. -Stwierdziła, uśmiechając się. -I w końcu mi się udało.
-Cóż... Ja w gimnazjum chciałem być astronomem, a to jest świetna szkoła pod względem matematyki. A teraz... Nie wiem, kim będę.
Rozmawiali o wszystkim i o niczym jeszcze przez parę minut, po czym zamilkli.
-Chciałbym... -Powiedział Marek i spojrzał na Malwinę. Ona wyczuła, że zaraz coś się wydarzy. Coś, co chyba nie będzie dla niej zbyt dobre.
Chciał dotknąć jej okularów. Chciał je zdjąć. Prawie mu się to udało. Ale ona odrzuciła jego dłoń. Wstała i powiedziała:
-Nie. Tego nie zrobisz.
-Dlaczego? -Zdziwił się Marek. -Przecież ja tylko...
-Nie! -Zaczęła przed siebie biec.
"Co ją napadło?" -Zastanawiał się Marek. Chciało mu się płakać. Poczuł się tak, jakby ktoś mu zadał nóż w serce. Dlaczego mu nie pozwoliła zobaczyć swoich - najpewniej - pięknych oczu?
Tymczasem Malwina dobiegła do Tesco. Trochę drżała. Koniec z Markiem. Odrzuciła chłopaka, który mógł jej ofiarować miłość. Ale skąd pewność, że on ją kocha? Przecież znali się dopiero od kilku dni. Przecież...
Chciało jej się płakać, chociaż starała się wstrzymywać. "Popłaczesz sobie w domu" -myślała gorączkowo, powoli idąc w stronę przystanku tramwajowego.

* * *

-Co zrobiła?! -Krzyknęła z zaskoczeniem Olka. Znajdowali się u Marka. Siedzieli na czerwonej kanapie w dużym, wszechstronnym pokoju.
-Wiesz -powiedział. Jego głos lekko drżał. -Ja myślę, że ona może mieć coś nie tak z oczami. Że się nas boi.
-Boi? Dlaczego miałaby się nas bać?
-Nie wiem. Ale... Ja... Ona mi się strasznie podoba.

* * *

Kolejny poranek nie był zbyt wesoły. Olce jakoś ciężko było rozmawiać z Malwiną po tym, co mu zrobiła. W ogóle nie rozmawiały ze sobą na ten temat. I jedna i druga wiedziała, że ta druga wiedziała.
Ale siedziały w jednej ławce. W końcu Olka powiedziała:
-Może wpadniesz dzisiaj do mnie? To sobie o tym i owym pogadamy.
Malwina się ucieszyła. Z chęcią się zgodziła. Bo czemu nie? To był znak, że dziewczyny coraz bardziej się ze sobą zżywają.

* * *

Olka mieszkała w bloku. Postanowiły pojechać windą.
-Na trzecie piętro -powiedziała koleżanka Malwiny.
Gdy już znalazły się w środku, towarzyszka Olki stwierdziła, że pokój koleżanki jest mały. Usiadły na tapczanie i zaczęły obgadywać klasę, a następnie nauczycieli. W końcu zeszły na temat Marka.
-Dlaczego? -Spytała Olka.
-Nie chciałam. Po prostu... -Urwała Malwina. Między nimi zapanowała cisza.
-Co?
-Może pójdziemy do mnie? To będzie mi łatwiej.
-Nie rozumiem. Najpierw chcesz iść...
-Proszę... Ja...
Widząc, że Malwina prawie ma się popłakać, Olka się zgodziła.
-Mamo, my wychodzimy -stwierdziła dziewczyna, po czym wyszły.
Dom Malwiny był mały, jednorodzinny. I wszechstronny. Z piętrem. Dziewczyny poszły na górę.
-Pójdę po herbatę i ciasteczka -powiedziała Malwina, po czym zeszła na dół. Olka zaczęła się rozglądać wokół. Zauważyła, że jej koleżanka nie ma prawie żadnych książek. A jeśli ma, to w wersji słuchowiska. Na biurku leżały jakieś podręczniki - ich okładki były zakryte kolorowym papierem. Otworzyła jeden z podręczników i aż ją zatkało. To nie było zwykłe pismo, które znała. To było pismo Brailla.
Malwina weszła do pokoju. Tacę położyła na stoliku. Olka spojrzała na koleżankę i powiedziała:
-Ty jesteś... -Nie dokończyła zdania.
-Jestem niewidomą. -Stwierdziła Malwina, a jej koleżanka głośno przełknęła ślinę. To był szok.
-A oczy... -Dziewczyna sprawiała wrażenie, jakby chciała się popłakać.
-Nie pokażę ich...
-Chcę zobaczyć oczy. -Powiedziała twardo Olka, podchodząc do niewidomej. -Chcę zobaczyć to, czego nie widział Marek. I chcę wiedzieć, dlaczego ich nie widział. Proszę.
-Dobrze, pokażę ci. Ale pod jednym warunkiem. O tym, że jestem jaka jestem nikomu nie powiesz. Nawet Markowi.
-Dlaczego?...
-Bo tak.
-Zgoda.
-Obiecaj.
-Obiecuję.
Malwina zdjęła okulary przeciwsłoneczne. Olka przełknęła ślinę. Zachciało jej się płakać. Jej koleżanka... Marek... Malwina ma puste oczy...
-Przepraszam -powiedziała Olka -gdzie tu łazienka?

* * *

Malwina siedziała na kanapie razem z matką, która ją przytulała.
-Myślę, że to dobrze, że jej o tym powiedziałaś -powiedziała rodzicielka.
-A jeśli ona mnie nie zaakceptuje...
-Jeśli nie, to okaże się nic nie wartą osobą, którą nie należy się przejmować.

* * *

Następnego dnia Olce było jakoś niezręcznie zacząć rozmowę ze swoją koleżanką. Dziwnie się czuła. Jak miała się zachować wobec osoby, którą spotkała taka tragedia?
Powiedziały sobie cześć. I poszły do łazienki.
-Jeśli mnie nie akceptujesz, to mi powiedz. -Powiedziała Malwina, stojąc nad zlewem. Olka stała za nią.
-Ja... -Powiedziała koleżanka. -Przepraszam. Lubię cię, ale...
-Nie chcę litości.
Olce trochę głupio się zrobiło, po czym spytała:
-Czy będę... Czy będzie ci to przeszkadzało, jeśli się spytam, dlaczego nie widzisz?
Zapanowało milczenie, po czym Malwina odpowiedziała:
-Rok temu zachorowałam na dystrofię siatkówkową, rodzaj zaćmy. Choroba bardzo szybko postępowała, a lekarze nie wiedzieli, jak mi pomóc.
-Przepraszam. -Powiedziała po chwili milczenia Olka.

* * *

Po jakimś czasie obie przyzwyczaiły się do nowej sytuacji. Malwina zaczęła nawet nosić książki dla niewidomych. Olka nikomu nie mówiła o sytuacji koleżanki. Odnosiło się wrażenie, że dziewczyny się zaprzyjaźniły. I obie udawały, że Malwinie nic nie jest.
Pewnego dnia jakieś dziewczynie na korytarzu wypadły długopisy. Potoczyły się po podłodze, a właścicielka nie zdążyła ich uzbierać.
-Uważaj! -Usłyszała okrzyk Olki Malwina. Ale było za późno. Dziewczyna nadepnęła na jeden z długopisów i wywaliła się jak długa na podłodze. Okulary stoczyły się z twarzy na cement. Malwina wstała. Miała otwarte oczy. Marek i reszta klasy zobaczyli to, co dziewczyna ukrywała przed nimi od paru tygodni. Puste, białe oczy.
Bez słowa Malwina wstała. Ludzie, którzy zebrali się wokół niej, milczeli. Bardzo zaniepokojoną twarz miała Olka.
Niewidoma odwróciła się napięcie, po czym zaczęła biec przed siebie.
-Malwina! -Wrzasnęła Olka, po czym ruszyła za nią biegiem.
Klasa milczała. Nikt do siebie się nie odezwał słowem. Przykro było zwłaszcza Markowi. Przyszedł nauczyciel. Początkowo był zadowolony z ciszy, jaka zapanowała wśród uczniów, ale gdy zaczął pisać temat na tablicy, wrzasnął:
-Co się dzieje?! Gdzie wasza gadanina?! -Spojrzał na klasę tak, jakby chciał ją spiorunować.
-Dlaczego ona nam o tym nie powiedziała? -Spytał Marek, wstając.
-Kto? -Spytał zaskoczony nauczyciel.
-Dlaczego Malwina nam nie powiedziała, że jest ślepa?
-Myślałem, że wiecie. Obiecaliśmy jej, że nic nie powiemy, bo ona chciała sama wam przekazać.
-Ale... Dlaczego?
-Nie wiem, dlaczego to zrobiła. Siadaj, Marek. -Chłopak usiadł. -Myślę, że to może mieć związek z jej samoakceptacją.

* * *

Olka dorwała Malwinę, jak ta stanęła przy drzewie i zaczęła płakać.
-Przestań -powiedziała koleżanka niewidomej. -Nic się nie stało...
-NIC SIĘ NIE STAŁO!? -Malwina spojrzała na Olkę. A raczej odnosiło się takie wrażenie, że chce na nią spojrzeć.
-No... Nic... Po prostu...
-A jak oni mnie nie zaakceptują?! Przecież nie jestem... Ja jestem...
-Malwina... To, że nie widzisz, nie oznacza, że jesteś gorsza...
-Ale jestem!
Niewidoma płakała.
-Malwina... -Powiedziała Olka, przytulając swoją koleżankę -ty może nie widzisz oczami, ale masz dar, który niejedna osoba by ci pozazdrościła...
Niewidoma okazała na twarzy zaskoczenie.
-Widzisz duszą. A dusza widzi o wiele więcej, niż oczy.

* * *

Do klasy weszła Olka. Sama. Wszyscy skierowali wzrok na nową przybyłą.
-Pozwoliłam Malwinie odejść do domu. -Powiedziała. -A my jutro zachowujmy się tak, jakby nigdy nic. I nie okazujmy jej litości.
-Dlaczego ona to zrobiła? -Spytał Marek.
-Bo się bała. Bała się, że jej niezaakceptujemy.

* * *

Stała na moście. Twarz miała skierowaną w stronę rzeki.
-Malwina... -Powiedział Marek, podchodząc do niej. W rękach trzymał bukiet kwiatów i czekoladki.
-Nie chcę litości. -Powiedziała. Dziewczyna nie miała na sobie okularów przeciwsłonecznych.
-Ale... -Próbował się bronić chłopak.
Malwina zaczęła od niego odchodzić.
-Malwina! -Wrzasnął za nią niemal z rozpaczą. Rzucił swój podarunek na most i zaczął biec za dziewczyną.
-Malwina! Przecież ja cię kocham! Jesteś piękna bez względu na to, jakie masz oczy! Podobasz mi się taka, jaka jesteś!
Dziewczyna przystanęła. Wyglądało na to, że płacze. Marek podszedł do niej i przytulił ją.
-Naprawdę? -Spytała.
-Tak.

To za Ammel

kikis @ 16:17

Panie Boże, strzeż mnie od moich przyjaciół, bo z nieprzyjaciółmi sam sobie poradzę.
Przysłowie indyjskie

Weszła na werandę i zadzwoniła. Jej długie, czarne włosy były splecione w warkocz; niebieskie oczy śmiały się. "Nareszcie piątek! -Pomyślała, oczekując na otwarcie drzwi. Zadzwoniła jeszcze raz. "Niemożliwe, żeby go nie było... Umówiliśmy się".
Drzwi uchyliły się i wyszedł wysoki blondyn o niebieskich oczach.
-Zapraszam do środka -powiedział z uśmiechem.
Kobieta weszła do mieszkania - pomieszczenia były jasne, w brązowych odcieniach i znajdowały się w nich tylko niezbędne meble.
-Herbaty z cytryną? -Spytał.
-Tak -potwierdziła, przechodząc do kuchni. Usiadła na krześle i powiedziała:
-Szef mi dał wolne popołudnie. Bo właściwie, to w robocie nic ciekawego. A jak tam twoja babcia?
-Babcia?... Aaaa.... Jeszcze nic nie wiadomo, ale ostatnio mniej narzeka... -Położył przed nią kubek. -W pracy szykują się zwolnienia. -Usiadł naprzeciw swojego gościa.
-Myślisz, że mogą cię zwolnić?
-Obawiam się, że tak. Szef ostatnio był na mnie wściekły.
-Ale przecież jesteś dobry...
Coś zadzwoniło. Daene wyciągnęła z torebki komórkę i spytała:
-Halo?
-Daene, mamy morderstwo. -Odezwał się gruby, basowy głos z telefonu.
-Szefie, ale... ale ja mam wolne popołudnie...
-Już nie. Zresztą, dałem ci je, bo nie było roboty.

* * *

Dom przy blokach. Duży i ciemny hol, a na środku martwe ciało dwudziestoparoletniej kobiety o jasnych włosach. Leżała w krwi. Na tapczanie siedział mężczyzna niewiele starszy od ofiary. Pięści wbijały się w siedzenie, głowa zwisała smętnie.
-Co tu się stało? -Spytała Daene.
-Jakiś mężczyzna wbijał nożem w brzuch kobiety. Mamy dwóch świadków... A sam morderca wyznaje, że nic nie pamięta. -Poinformował jeden z policjantów.
-Świadek to chłopak i...?
-Kobieta. Jest w drugim pokoju. Ale ona z kolei twierdzi, że widziała tylko związanego chłopaka, a za nim mężczyznę wykonującego jakieś ruchy na kobiecie.
-A ten tu, co zeznał?
-Nic.
-Jak to nic?! -Niemal krzyknęła, a siedzący się wzdrygnął lekko. I dalej siedział, jakby nic nie zauważył.
-Nie chciał odpowiadać na pytania. Jakby się zatkał.
-Chcę mieć życiorysy wszystkich osób powiązanych z tym wydarzeniem: ofiary i tych, którzy brali w tym udział. Natychmiast.
Podeszła do siedzącego mężczyzny. Nie zareagował, więc kucnęła. Spojrzała mu w oczy.
-Czego chcesz? -Spytał.
-Dowiedzieć się, co tu się wydarzyło.
Spojrzał na nią ostro.
-Nawet nie proś.
Podniosła prawą brew. Między nimi zapadło milczenie.
-Musisz. -Stwierdziła. -Albo zamkniemy tego, kto ciebie skrzywdził i ją, albo... -Urwała, bo świadek się rozpłakał.
-Nie dzisiaj... -Wybełkotał. -Proszę, nie dzisiaj...
Wstała.
-Wezwać psychologa! -Rozkazała. Podszedł do niej policjant z telefonem komórkowym i podał jej to urządzenie. Spojrzała nań zdziwiona, a on odparł:
-Mamy życiorysy wszystkich. Morderca jest ojcem chłopaka. Z wyjątkiem ofiary, są powiązani ze sobą rodzinnie. Wszyscy, którzy brali w tym udział.
Skinęła głową. Do mieszkania weszła wysoka i rudowłosa kobieta. Daene wskazała na mężczyznę siedzącego na tapczanie. Wydawał się już uspokojony, ale w oczach ciągle miał łzy.
-Niech ktoś sprawdzi, czy mieli jakiś wrogów, przyjaciół i tak dalej. -Powiedziała policjantka i wyszła z budynku, nie oddając komórki.
"Sprawa rodzinna... Motyw? Spadek? Zazdrość? Jakoś mi się wydaje mało prawdopodobne, by odbyło się to bez udziału kogoś z zewnątrz" -pomyślała, wdychając czyste, wieczorne powietrze. Już nie padało.

* * *

W pokoju przesłuchań siedziała Daene, a naprzeciw niej morderca. Miał ponad czterdzieści lat i wystraszony wzrok. Ubrany był schludnie.
-Nie piłem -oświadczył na starcie.
"No tak, były alkoholik, należał do AA" -pomyślała policjantka, kiwając głową.
-Rozmawiałem z jego dziewczyną... Z nim... -Kontynuował przesłuchiwany. Wydawało się, że się popłacze, ale tego nie zrobił. -I nagle jakby... pustka... nic... Potem... -Przełknął ślinę. -Gdy się... ocknąłem... Stałem nad jej zakrwawionym ciałem...
Daene dała znak, by ucichł. Wstała.
-Istnieją dwie możliwości -powiedziała -albo ktoś się włamał do twojego umysłu i kazał ci to zrobić, albo po prostu twoja pamięć wyrzuciła te wspomnienia. Jest jeden sposób, by to sprawdzić. Wejdę do twojego umysłu i poszukam brakujących wydarzeń... Jeśli będą, to oskarżymy cię o morderstwo. A jeśli nie... Dalej będziemy szukać.
Dotknęła jego głowy. Weszła do umysłu. Dla niej wydawało się to całą wiecznością, lecz dla przesłuchiwanego i osób postronnych minęło kilka minut. W końcu westchnęła, zdjęła rękę z głowy mordercy i powiedziała:
-Szukamy dalej.

* * *

Bał się. Dłonie mu lekko drżały. Nie wiedział, czy będzie w stanie o tym opowiedzieć. Wszedł do pokoju przesłuchań i usiadł naprzeciw policjantki. Oddychał ciężko.
-Spokojnie. -Powiedziała, jej ton był niezwykle opanowany. -Wiem, że to dla ciebie trudne, ale postaraj się, dobrze?
Skinął głową i zamknął oczy. Poczekała, aż je ponownie otworzy i zadała pytanie:
-Jak zachowywał się twój tata podczas, gdy... ?
-Tak jak zwykle... ale... nie do końca...
-Jak zwykle, to znaczy jak?
-Podszedł do mnie i... chwycił za głowę... potem, potem... uderzył mnie w brzuch... związał...
-A to twoje "nie do końca"?
-Było w tym coś... jakby dostał szału jakiegoś... jakby... nie wiem sam... było w tym coś nienormalnego.
Ich wzrok się spotkał. Mężczyzna patrzył z dziwną mieszaniną smutku i stanowczości.
-Twój ojciec... -Kontynuowała Daene -był kiedyś alkoholikiem, ponoć dużo cię bił... czy i tym razem znajdował się pod wpływem alkoholu?
-Nie pił. Nie mógł, przez większość dnia byliśmy u niego... znaczy, ja i Agata...
Kiwnęła głową. Teraz miała dowód. Problem w tym, że brakowało zaczepienia, skąd ten atak. Miała też wątpliwości, czy kontynuować przesłuchanie, gdyż wiedziała, iż świadek jest po traumatycznych przeżyciach. Zmarszczyła brwi i postanowiła zaryzykować:
-Czy Agata miała jakiś wrogów?
-Nie wiem.
Utknęli w martwym punkcie. "Świetnie" -pomyślała policjantka, wstała i oświadczyła, że koniec przesłuchania.

* * *

Jacek. Świadek i ofiara w jednym. Jego ojciec go związał, a następnie zamordował jego dziewczynę. Czy on mógł mieć jakiś wrogów? Rodzice dziewczyny nastawieni przyjaźnie, ich kontakty i oni sami niezbyt spokrewnieni z mocą... Najbardziej prawdopodobne jest to, że to jego ojciec ma wrogów. Albo...
Drzwi się otworzyły i urwały tok myślenia Daene. Do środka weszła psycholog, ta sama, która zajmowała się nieszczęsnym świadkiem. Policjantka się zdziwiła.
-Powiedział, że chce z tobą rozmawiać. Mówił, że to coś ważnego.
Daene zerwała się i pobiegła prosto do pokoju przesłuchań. Jacek już siedział na swoim miejscu. Weszła do środka i usłyszała:
-Nienawidzi mnie.
Zaskoczona, nie wiedziała, co powiedzieć. Usiadła naprzeciw Jacka i spytała:
-Kto i za co?
-Daniel. Kiedyś... pożyczyłem od niego pieniądze. Od tamtego czasu zdołał mnie pobić i zagrozić. Aczkolwiek... -Urwał, marszcząc brwi -nie prosił o oddanie stówy.
Daene wydało się to dziwne. Historia nie trzymała się kupy. I to by było zbyt proste...
-Więc -powiedziała -o co mu chodziło?
-Nie mam pojęcia.
-Sprawdzimy. Podaj nam nazwisko tego gościa.

* * *

Wpadli do mieszkania, niczym huragan. Dom był duży, leżał na przedmieściach willowych. Daene ostrożnie posuwała się naprzód, osłaniało ją pięciu policjantów. Miała nadzieję, że Jacek miał rację. Ale wiedziała również, że to mało prawdopodobne.
Podejrzanego zastali w kuchni. Akurat kroił chleb. Zaskoczony, upuścił nóż na podłogę. Nawet nie zdążył spytać, o co chodzi, a Daene już była przy nim i zadawała pytania:
-Znasz Jacka Crowleya?
-A bo co?
-Odpowiedz: tak albo nie!
-Tak.
-Bierzemy!

* * *

Pozwoliła świadkowi przysłuchiwać się zeznaniom podejrzanego.
-Jakie mieliście stosunki? -Spytała Daene, wpatrując się w oczy Daniela.
-A co panią to obchodzi?
-A obchodzi mnie, bo dla mnie liczy się sprawiedliwość. Czyli ukaranie mordercy. -Przez moment miała wątpliwości, czy dobrze zrobiła, zdradzając się; później jednak pomyślała, że jeśli przesłuchiwany istotnie posiada magiczne zdolności, to i tak wie. I to od samego początku.
-A co Jacek zrobił? -Spytał bezczelnie podejrzany.
-Ja tu zadaję pytania, panie Sanders. Proszę odpowiedzieć uprzejmie albo.... będziesz miał problemy.
-Jacek był moim przyjacielem od najmłodszych lat. Czego się czepiacie?
-Nadal jesteście przyjaciółmi?
Czuła, że złapał haczyk.
-Nie. -Odpowiedział po chwili namysłu. -Zerwaliśmy ze sobą kontakt, gdy on poszedł na studia.
-A jak to się stało?
-Nie oddał pieniędzy. Moich sto ciężko zarobionych stów poszło na marne przez jakiegoś dzieciaka.
"Chodzi tylko o sto złotych?" -Pomyślała z zaskoczeniem policjantka. -"Przecież to idiotyzm!".
Na twarzy Jacka malowało się napięcie. Też mu się nie chciało wierzyć w te pieniadze. Zacisnął pięści.
-Posiadasz jakiś magiczny talent? -Spytała. Znała odpowiedź na to pytanie i obawiała się, że pytanie nie spełni nadziei, jakie w nim pokładała.
-Tak. Każdy ma. Ale nie każdy może je wykorzystać. Jacek mógłby to zrobić. I byłby sto razy lepszy ode mnie.
"Który z nich kłamie?" -Spytała sama siebie. I zarządziła koniec przesłuchania.

* * *
Bo to było tak: Jacek chciał nałożyć na Daniela podejrzenia, bo go nienawidził. Nic na gościa nie znaleźliśmy. Ale Daniel z kolei... chciał nałożyć na Jacka podejrzenia? Po cholerę świadek miałby sam siebie krzywdzić?
Zajrzała na planszę. Jacek był związany i znajdował się w szoku... Czy aby na pewno był w szoku? Psycholog twierdzi, że tak: morderca zaatakował znienacka, będąc jego ojcem, który w dodatku kilka lat temu przestał tak robić. Byli na etapie budowania zaufania... Agata - zamordowana. Żaden z jej znajomych, w tym i jej chłopak nie wiedzieli nic o jej wrogach. Ojciec świadka - hm... No przecież już nie był wrogiem syna. Wróg... Wróg mógłby być... ? Cholera - myślała gorączkowo Daene -coś tu nie gra. Coś musiała przeoczyć. Przejrzała jeszcze raz swoje notatki o znajomych byłego alkoholika: żadnego sensownego motywu nie mogła znaleźć wśród nich. Ale może jakaś zadawniona waśń? I czy AA nadal mogą korzystać z mocy?
Zadzwoniła przez komórkę.
-Marcin? -Spytała.
-Tak -głos był męski i basowy.
-Czy ludzie, którzy stali się alkoholikami nadal potrafią korzystać z mocy?
-Alkoholicy mają większość energii zepsutej, podobnie jak narkomani. W tym, że alkoholik - jeśliby wyszedł z nałogu - może ją odbudować i ponownie zająć się magią. A co?
-A, mam sprawę o morderstwo. Atak na umysł.
-Hm. Dobra, muszę kończyć. Pa.
Więc może ktoś z AA? -Myślała dalej Daene. Spojrzała na planszę ze schematem. -"No i pozostaje nam jeszcze drugi świadek".

* * *

-Waśń? -Spytał zaskoczony czterdziestoletni mężczyzna, który był ojcem Jacka. -Hm... Tak, z jednym się pokłóciłem, niejakim Markiem Saworzałą. Ale on stary alkoholik, nawet nie wiem, czy jeszcze żyje...
-O co poszło? -Spytała, przerywając monolog mordercy.
-O alkohol -roześmiał się, ale natychmiast uspokoił się, widząc poważną minę policjantki. -Gościu chciał ode mnie pożyczyć pieniądze na wódę. Nie dałem mu. Ostro się pokłóciliśmy...
"To nie to" -pomyślała. I wiedziała, że ma rację, ale zarządziła sprawdzenie osoby kolejnego podejrzanego.
Po przesłuchaniu podeszła do tablicy. "A kobieta?" -Spytała samą siebie. -"Nie lubią jej w pracy... Hm." -Pomyślała. Zarządziła przesłuchanie kobiecego świadka na godzinę piętnastą. Czyli pozostało jej dwie godziny.
Poszła do Jacka - siedział samotnie na ławce, przed komendą. "Wygląda na ponuraka" -stwierdziła, po czym usiadła obok niego i spytała:
-Jesteś pewien, że ani ty, ani ona nie mieliście żadnych wrogów?
-Daniel.
-Daniela sprawdzaliśmy, nic na niego nie mamy. Coś więcej?
-Nie wierzę w jego niewinność.
-Dlaczego?
Spojrzał na nią.
-Przez stówę? -Spytał. -Jakoś w to nie wierzę. Gdy chodziliśmy do liceum i uporaliśmy się z moją pożyczką...
-Uporaliście się?
-Dyrekcja nas zmusiła, byśmy się pogodzili.
Uśmiechnęła się.
-Pewnego dnia wychodziłem ze szkoły... Byłem ledwo żywy: pół dnia w budzie, bez śniadania, a w dodatku ojciec... -Urwał. -Zaatakowało mnie czterech chłopaków, jeden miał nóż. Wśród nich był Daniel. I wtedy powiedział coś, czego do dziś nie rozumiem.
-Co?
-"To za Ammel".
-To za Ammel?
-Tak powiedział -wzruszył ramionami. -Po czym mnie pobili aż do krwi. Ledwo się dowlokłem do jakiegoś mieszkania, gdzie mnie znalazła Agata.
-Co to za Ammel? -Spytała.
-Nie wiem. Kiedyś to imię słyszałem... -Urwał. -W jednej z klas była dziewczyna, nazywała się Ammel. Miała wypadek... -Zmarszczył brwi. -I chyba straciła w nim życie.
"Ammel? Dziewczyna? Trop!" -Pomyślała Daene.
-Pamiętasz jej nazwisko? -Spytała.
-Nie.

* * *

-Ładne imię. -Powiedziała, kręcąc się na krześle.
-Wiem. -Odpowiedział Marcin. Byli u niego w biurze. -Dość wolno idzie ci to śledztwo.
-Bo mam mało śladów. To był atak na umysł, a nie zwyczajne morderstwo. Równie dobrze sprawa mogłaby się zakończyć niepowodzeniem.
-Czego tobie nie życzę. Ammel... Coś mi mówi. Kiedyś zbierałem wycinki z gazet, które mówiły o morderstwach i wypadkach...
-Dlaczego?
Zarumienił się i burknął:
-Dziecinada, teorie spiskowe. -Podszedł do regału z książkami i wyjął dużą książkę. Albo coś, co sprawiało wrażenie książki. Podał to policjantce. Ta zacżęła przeglądać informacje ze starych gazet: od roku 2005 do roku 2030.
-Dwadzieścia pięć lat zbierałeś?! -Była w szoku. Jak ktoś może wierzyć przez dwadzieścia pięć lat w teorie spiskowe i nagle stracić w to wiarę?
-Przyzwyczajenie. Oglądaj, a nie gadaj.
-Jest. -Zmarszczyła brwi. -Ammel S. została zamordowana... -Urwała. -Ale on mówił o wypadku?
Przeglądała dalej. Znów się na coś natknęła. -Ammel S. miała wypadek, straciła rękę. -Mruknęła. Zdjęcia wyraźnie wskazywały, że chodzi o tę samą osobę. "Skoro Daniel był wściekły na Jacka... młodzieńcze wyżywanie się albo..." -Urwała.
-Mam prośbę? -Spytała.
-Tak?
-Mógłbyś wezwać na pomoc Sebastiana?
-A po co ci?
-Chcę, żeby sprawdził, czy w... -Zarumieniła się. -No, w tej poświacie wokół człowieka...
-Aurze.
-Ano, w aurze Jacka widać jakieś ślady morderstwa.
-A ty tego nie widzisz?
-Widzę, że jest nieszczęśliwy... Ale...
-Nie ma sensu wzywać Sebastiana. -Spojrzała na niego wściekle. -Lepiej sprawdź dokładnie wypadek i morderstwo Ammel S.

* * *

Ammel miała szesnaście lat, kiedy jechała autokarem do Krakowa z Gorzowa. Niestety, stan polskich dróg w tamtych czasach nie należał do najznakomitszych, a i pogoda była kiepska - śnieżyca, łatwo było o poślizg. Autokar nie dość, że wpadł w poślizg, to jeszcze walnął o drugie auto, którego właściciele zginęli na miejscu. Ammel miała szczęście, że była w szesnastu z dwudziestu sześciu osób, które przeżyły to nieszczęście. Dziewczyna niestety straciła rękę, ale żyła.
-To musi być mordestwo. -Mruknęła ze zniechęceniem Daene. -Ale z drugiej strony, o co mogło chodzić Danielowi? Przecież Jacek...
Świadek mógł kłamać. Podobnie jak podejrzany i wszyscy inni.
"Ammel" -Pomyślała policjantka i dalej przeglądała akta policyjne. Znalazła to, czego szukała, wyjęła kartkę, po czym stwierdziła, że nie znaleziono mordercy Ammel. Chociaż... Dziewczyna miała nóż wbity w brzuch. Tak samo, jak Agata. I miały po tyle samo dźgnięć: siedemnaście. Stwierdzono, że to mógł być atak na umysł. Kręciła głową. "Morderca sprzed lat?" -Spytała sama siebie.
Zarządziła przesłuchanie Daniela na godzinę piętnastą. Spojrzała na zegarek i natychmiast zerwała się do pokoju przesłuchań.
-Przepraszam -wydyszała -ale musialam coś jeszcze sprawdzić.
Weszła do środka, podejrzany już czekał.
-Znałeś Ammel S.? -Spytała. Daniel spojrzał na nią zaskoczony. Powtórzyła.
-Tak...
-Jak wyglądała wasza znajomość?
-Kochaliśmy się...
"To by wyjaśniało sprawę." -Pomyślała. -"Ale nie wyjaśnia, kto to zrobił" -ofuknęła siebie i zadawała dalej pytania:
-Czy Jacek Crowley ją znał?
Przesłuchiwany długo się zastanawiał. Zastanowiło to Daene.
-I tak, i nie. -Padła odpowiedź.
-Co znaczy tak?
-Widywali się na korytarzu. W sklepie... Rozmawiali przy zakupach... Ale, żeby to była jakaś znajomość, to niespecjalnie.
-Gdy chodziliście do liceum -przerwała milczenie -napadłeś z trzema kolegami na Jacka. I powiedziałeś wtedy "To za Ammel". Czy to prawda?
-Napadłem, ale tego nie powiedziałem.
Zaskoczyło ją to. Któryś z nich kłamał. Tylko który? Westchnęła ciężko.

* * *

-On jej nie znał.
-Tak twierdzi. -Powiedział Marcin. Uśmiechał się głupkowato, ale dzisiaj nie miał szczęścia - Daene to nie wkurzyło.
-Oni tak twierdzą. Po co Daniel miałby nagle uniewinniać Jacka?
-Żebyś myślała, że nie chce manipulować tobą przy śledztwie.
-A skąd pewność, że chce?
-Każdy winny to chce.
-Myślisz, że to Daniel? Bo ja już tracę wątek... To wygląda tak, jakby morderca po piętnastu latach wrócił i powiedział: "Nadal jesteście beznadziejni, nie złapiecie mnie".
-A nie uważasz, że mogłoby też być tak, że Daniel ma wrogów?
-Teoria spiskowa?! To już naciągane, Marcin...
-Policjant musi brać pod uwagę wszystkie rozwiązania.
-Nawet te, że rząd USA zarządził morderstwa?
Roześmiał się.
-Czy Agata znała Daniela? -Spytał.
Daene nagle zamurowało. Czy oni się znali? Nie wpadła na to, by odpowiedzieć sobie na to pytanie. A przecież mogło okazać się kluczowe dla sprawy.

* * *

Sprawa coraz bardziej denerwowała policjantkę. Dwie zamordowane w przeciągu piętnastu lat. Nie uwierzy, by chłopcy - ledwo trzynastolatkowie - byli do tego zdolni, a przynajmniej do pierwszego. W dodatku - Jacek nie znał Ammel, a Daniel - Agaty. Dni mijały, a sprawa leżała bez żadnego rozwinięcia.
Może powinna na to popatrzeć z innej strony? Gdyby to był seryjny morderca, to czego by szukała? Wspólnych cech dziewcząt? Obie były młode, obie były blondwłose... No ale chyba nie każe przeszukać całego miasta w poszukiwaniu tego, kto lubi ten typ dziewczyny? Obie były tak samo zamordowane.
Czuła, że robi się coraz bardziej zmęczona... Do gabinetu weszła sekretarka.
-Jakiś świadek.
-Świadek? -Zaskoczona policjantka poderwała się.
-Daniel... Chyba.
"A czego on tu chce?" -Zdziwiła się Daene i natychmiast skoczyła na korytarz. Od razu zlokalizowała przesłuchiwanego i podeszła do niego.
-Co?
-Powiedziałem tak.
-Jak?
-"To za Ammel".
-I?
-Byłem przekonany, że zrobił to Jacek. Spotkałem pewnego gościa, który pokazał mi znaczące dowody, że to on.
-Jakie dowody?
Policjantce zrobiło się słabo, więc usiadła. "Naciągane" -pomyślała.
-Ammel podobała się Jackowi, chociaż słabo ją znał, jeśli można to tak nazwać. W dodatku miał predyspozycje do bycia magiem. Uwierzyłem, że nauczył się nią posługiwać. Nieznajomy powiedział mi, że Jacek był zazdrosny i dlatego to zrobił.
-Bajeczka.
Zapadło milczenie.
-Potrafisz opisać tego... rzekomego świadka?
-Ukrywał się. Powiedział, że strasznie wygląda i nie chce, bym się wystraszył. Nie chciałem mu uwierzyć, robiłem wszystko, żeby go podglądnąć, ale on mnie zablokował magią.
-Magią. Czy twoim zdaniem ten nieznajomy byłby w stanie wejść do czyjegoś umysłu i kazać mu zabić kogoś?
-Tak.

* * *

Zadzwoniła do Jacka, żeby wpadł do niej wieczorem. Stwierdziła, że świadek, jak świadek, ale to porządny chłopak i raczej nie popełnił dwóch zbrodni. A poza tym...
Zmarszczyła brwi. Ktoś tu był. Albo jest. Otworzyła drzwi do swojego mieszkania. Wyczuła czyjąś obecność - znajomą obecność. Weszła do kuchni i zastała Marcina odwróconego do niej tyłem.
-Omal byś jej nie rozwiązała. -Powiedział.
-Co?
-Tobie może się wydawać, że wiele ci brakuje do odnalezienia mordercy. Ale to nieprawda. Jesteś zdolną policjantką i prędzej czy później odkryłabyś prawdę.
Poczuła dreszcze. To nie był Marcin - a przynajmniej nie ten, którego znała.
Odwrócił się napięcie. W prawej dłoni miał nóż.
-Mógłbym ci zadać siedemnaście dźgnięć, gdybym chciał. Ale po co? Wystarczy, że zrobisz coś dla starego, dobrego przyjaciela.
Chciała uciekać, ale duma policjantki nakazywała jej zostać na miejscu. Jeszcze nie wierzyła, z kim ma do czynienia.
-Najpierw napiszesz list pożegnalny. Później popełnisz samobójstwo.
-Nie zrobię tego. -Opanowała drżenie głosu jak najbardziej umiała. Cofnęła się.
-Zrobisz. Jesli nie z własnej woli, to z mojej.
"Cholera jasna!" -Pomyślała Daene. -"To... kurwa!".
Cofnęła się. Uśmiechnął się. Wyciągnął rękę przed siebie. Trzymał w niej kartkę i długopis.
-Napisz. -Powiedział.
Po prostu powiedział. Po prostu chłodno, bezemocjonalnie chciał, by się zabiła. Po prostu wiedział, że nie ma z nim szans. I po prostu.
Czuła, że się popłacze. "Nie, to niemożliwe" -myślała, chciała uciec. Dokądkolwiek, byle nie do zaświatów.
Zadzwonił dzwonek.
-Acha. Kto? -Spytał.
-Jacek.
-Otwórz.
Zrobiła to, co jej kazał. Chciala przybyszowi powiedzieć, żeby nie wchodził. Ale on bez słowa wkroczył do mieszkania.
-Dzień dobry. -Usłyszeli słodki głos Marcina. -Kawy?
-Nie, dziękuję. -Odpowiedział Jacek. Nie miał zbyt dobrych przeczuć.
-Może jednak?
-Co tu się dzieje? -Spytał szeptem świadek.
-On chce mnie zmusić do samobójstwa -odszepnęła.
-Miło, prawda? -W wejściu do przedpokoju ukazał się Marcin - uśmiechał się. Ale nie głupkowato, tylko złośliwie.
-Odczep się. -Stwierdził Jacek. Były przyjaciel podszedł do świadka i powiedział:
-A co? Mało ci było?
-Odczep się.
Wrzasnęła. Jacek poleciał na komodę. Stracił przytomność.
-J... jak... -Wybąkała. Oprawca chwycił ją za włosy i podciągnął do góry.
-A teraz, moja panno, zrobisz to, co ci każę. Bo inaczej twój świadek przepadnie jak kamień w wodę.

* * *

Siedziała nad pustą kartką już godzinę. Jacek leżał na podłodze związany. A ona nie wiedziała, co ma napisać. "Że niby sama tak? Bo nie umiałam rozwiązać sprawy... Co to jest, Japonia czy co?".
Marcin był cierpliwy. Był tak cierpliwy, że ta jego cierpliwość zaczynała działać na nerwy kobiecie.
"Odchodzę. -Napisała. -Po prostu. I just." -Po namyśle dodała jednak: "PS.: To za Ammel. Daene".
-Ładny list. -Powiedział morderca, stojąc nad policjantką.
-Odpieprz się. -Odpowiedziała i poczuła, że ma ochotę płakać. Tak się do przyjaciela nie mówi... Ale on już nie jest jej przyjacielem.
Uśmiechnął się tylko i powiedział:
-A teraz idź zrób to, jak ci najwygodniej.
-Nie zrobię tego, chyba, że mnie zmusisz, włamując się do umysłu. Ale wtedy to by było morderstwo.
-Myślisz, że ktoś by to wykrył?
-Myślisz, że ktoś uwierzy, że rząd USA nakazał nam zbiorowe samobójstwo?
Uderzył ją w policzek.
-Cóż. Myślę -powiedział po chwili namysłu -że tak stawiając sprawę, uczynisz mnie poszukiwanym. Ale nadal mogę włamać się do umysłu i wymazać z pamięci co niektóre wspomnienia...
-To za Ammel. -Mruknął Jacek, odzyskując przytomność. Spojrzeli na niego ze zdziwieniem. -Ammel cię znała. I Agata też.
"Więc to jest ten wspólny element dla nich wszystkich." -Pomyślała Daene. Zdziwiła się, że będąc w takim potrzasku emocjonalnym jest jeszcze w stanie logicznie myśleć.
-Tak, znały mnie. -Powiedział. -Dla Ammel byłem starym, dobrym kumplem-wolontariuszem. Też pracowała w wolontariacie. Nadawała się. Piękna, młoda i tylko moja. Agata...
Urwał. Uśmiechnął się.
-Zresztą, to bez znaczenia. -Powiedział. -No, Daene, do roboty.
Policjantka nie odezwała się. I nie ruszyła się. Pociągnął ją za włosy, by wstała.
-Do roboty -burknął.
-To za Ammel! -Burknęła i kopnęła oprawcę prosto w jaja. "Co za chuj!" -Pomyślała z niesmakiem. Nadal czuła się nieswojo. Podbiegła do Jacka i próbowała go rozwiązać.
-Zostaw mnie i uciekaj. -Powiedział świadek.
-W dupie to mam -odpowiedziała -jesteś kimś, komu mogę zaufać. -W końcu udało jej się rozplątać sznurek. Pobiegli do wyjścia.
-A, a. -Powiedział słodkim głosikiem Marcin, stając naprzeciw nich. -Telenowelę zaczynamy?
Daene próbowała otworzyć drzwi, ale coś jej się nie udawało.
-Co jest grane, do cholery! -Wrzasnęła.
-Oboje zginiecie.
Nieoczekiwanie zadzwonił dzwonek. Marcin zezwolił, by policjantka otworzyła drzwi.
-A, tu jesteście... Szef ma nowe zadanie.... -Urwał. To był Daniel. -Co jest?
-On jest mordercą. -Wydusiła Daene, wskazując na Marcina.
-Mordercą. Ammel i Agata. -Skinął głową. -Idźcie. Ja się nim zajmę.
-Ale...
-Uciekajcie!
Wybiegli, ile sił mieli w nogach. Daniel wszedł do środka. I zamknęły się za nim drzwi.
-Cholera jasna -mruknęła do siebie Daene i się rozpłakała. Tak zwyczajnie, rozpłakała się. Poczuła miękkie ramiona Jacka.

* * *

Siedziała na ławce przed komendą i patrzyła, jak dwaj przyjaciele się witają.
-To była ciężka noc. -Powiedział Jacek, widząc zmęczoną twarz Daniela. Ten ostatni wzruszył ramionami i powiedział:
-Najważniejsze, że morderca znalazł się za kratkami. A ty za to masz humor jakbyś conajmniej się zaręczył z Agatą.
Jackowi na chwilę mina posmutniała, ale powiedział:
-Wiem, że ona by się cieszyła. Za tydzień kończę studia.
-Ponoć byłeś lepszy niż ja.
-I dlatego będę miał od razu pracę.
-A jaki kierunek panowie skończyli? -Spytała policjantka, wstając.
Uśmiechnęli się i powiedzieli:
-Ten sam co ty, tylko wzięliśmy specjalność magiczną.
Wyglądała na zamyśloną.
-To za Ammel i Agatę, prawda? -Spytała cicho, wpatrując się w niebo.

Ku wolności

kikis @ 16:12

Wysoki mężczyzna o czarnych włosach sięgających do ramion miał skute łancuchem nadgarstki. Wisiał w ciemnym i wilgotnym lochu. Jego stopy dotykały kałuży. Miał na sobie białą koszulę i czarne spodnie. Usłyszał zgrzyt drzwi. Do środka weszła wysoka kobieta o jasnych i długich włosach. Ubrana była w białą suknię. Podeszła do więźnia i spojrzała swoimi niebieskimi oczami w jego zielone.
-Powiedz mi -powiedziała nowoprzybyła -jak tu się znalazłeś?
-Po co? -Spytał mężczyzna. W jego głosie słychać było lekką irytację.
-Żeby ktoś o tobie pamiętał. Żeby to, co przeżyłeś nie zmarnowało się. -Mówiła spokojnym głosem. Między nimi zapadło milczenie. Uśmiechnęła się. -Jeśli nie chcesz, trudno. Nikt cię nie zmusza, żebyś opowiadał historie dla przyszłych pokoleń.
Jej spokojny, opanowany głos zaczął go denerwować. Jeszcze chwila i nie wytrzyma. Wiedział jednak, że chamskie zachowanie wobec niej nie przyniesie mu nic dobrego.
-Dobrze, opowiem. -Powiedział w końcu. Zamknął oczy. -Nazywam się Zegrzysław Hal. -I zaczął opowiadać:
-Pewnego, słonecznego popołudnia poszedłem do karczmy "Z braku magii". Usiadłem przy stoliku koło okna i zamówiłem piwo. Czekałem na przyjaciela. Miał mi przywieźć informacje o człowieku, którego poszukiwało całe królestwo. Piłem tak piwo i nagle dostałem ataku.
-Ataku, powiadasz? -Przerwała mu kobieta. W jej głosie było czuć ciekawość. -A w jaki sposób te ataki się objawiają?
-Są bardzo bolesne. -W jego głosie słychać było gorycz zmieszaną ze smutkiem. -Ich wspólnym elementem jest uczucie, że... -Urwał i spojrzał prosto w niebieskie oczy towarzyszki -całe ciało tak jakby się parzyło. Ból się nasila. Atakujący wybiera jeden element ciała, na przykład rękę i ją rani. Zazwyczaj głęboko. Ataki... Na początku są mało zauważalne, ale z czasem się wydłużają. Z tego, co mi A'rie opowiadała, to mogą trwać od trzech minut do kilkunastu lat. W tym czasie ciało wycieńcza się. Podczas ataku w umysł wgryza się coś, co... Coś, co potęguje nieprzyjemne doznania fizyczne.
Usłyszeli zgrzyt drzwi. Do lochu wszedł wysoki mężczyzna o białych włosach i zielonych oczach. Nowoprzybyły był ubrany w zieloną koszulę, czarne spodnie i granatowe buty. Nie miał lewej dłoni. Podszedł do pary.
-Muszę z nim porozmawiać, Minn'elle.
Kobieta spojrzała z wyrzutem na przybysza i wyszła bez słowa. Zegrzysław spojrzał swoimi zielonymi oczami na nieznajomego. Były pełne gniewu.
-Mój drogi -powiedział przybysz -pewnie mnie nie poznajesz. Jestem Daniel Kartosęki. I to ty, cztery lata temu, odrąbałeś mi lewą dłoń. Za to -zrobił pauzę -należy ci się atak.
W zielonych oczach Zegrzysława odmalowało się przerażenie. Nagle zgiął się i krzyknął. Poczuł, jak coś na plecach tnie jego skórę.
-Proszę -jęknął.
Daniel machnął ręką. Więzień poczuł ulgę. Dyszał. Oprawca uśmiechnął się i powiedział:
-Nie chcę zemsty. Chcę, żebyś dla mnie pracował.
-Przecież wiesz, że to niemożliwe.
-Nie? -Machnął ręką. Zegrzysław wrzasnął, znów się zgiął.
-Zabrania mi tego kodeks!! -Krzyknął. Ból ustał. -Nie mogę mieć dwóch panów... do jednego jestem przywiązany na całe życie... -Znów poczuł ból. Krzyknął, zgiął się. Znów coś tnęło jego skórę - tym razem na brzuchu.
-Zastanów się dobrze. -Powiedział Daniel, wciąż się uśmiechając. Więzień ciągle się wił z bólu. -Porozmawiamy o tym później. -I wyszedł.
Po kilkunastu minutach Zegrzysław zaczął się dusić. A potem zemdlał.

* * *

Otworzył oczy. Zobaczył ciemność. I poczuł rany na całym ciele. Atak minął, więc czuł pewnego rodzaju ulgę. Nie miał czasu zastanowić się nad tym, co przeżył, gdyż do lochu weszła Minn'elle. Uśmiechnęła się i pocałowała go w policzek.
-Długo byłeś nieprzytomny -stwierdziła -jakieś półtorej dnia. Miałeś skończyć swoje opowiadanie o tym, jak tu się znalazłeś. Skończyłeś na tym, że w karczmie dostałeś ataku. I co było dalej?
Zegrzysław milczał. Spoglądał na kobietę pochmurnie. W końcu zamknął oczy i podjął ponownie swą opowieść:
-Siedziałem sobie w karczmie, popijałem piwo i nagle dostałem ataku. Krzyknąłem, zgiąłem się i zemdlałem. Gdy się obudziłem leżałem na łóżku w swojej komnacie. Obok mnie siedziała A'rie. Uśmiechała się przyjaźnie.
-Dzień dobry -powiedziała -jestem A'rie, jedna z najlepszych uzdrowicielek w mieście.
Wiedziałem, że uzdrowicielka może uratować mi życie. Ale wiedziałem również, że musi użyć magii, by mogła to zrobić. Chcąc mieć już za sobą ten horror, spytałem bez ogródek, co mi dolega. A ona stwierdziła: -Ktoś nasyła na ciebie ataki. Chce, żebyś coś zrobił. Ataki te mogą się powtarzać regularnie, ale nie muszą, bo ich pan może zsyłać je kiedy chce. Ich długość może być kontrolowana jedynie wtedy, kiedy ich pan jest tuż obok dręczonego... W każdym razie, jest tylko jeden sposób, by zapobiec następnym atakom. -W tym momencie gwałtownie usiadłem na łóżku. Bałem się, że powie to straszne słowo. I powiedziała: -Magia. Tylko magia jest zdolna ochronić ciebie przed kolejnymi atakami...
Zerwałem się z łóżka jak porażony. Wściekle krzyknąłem na nią, że nie chcę mieć nic wspólnego z magią i żeby się odczepiła. Była zaskoczona. Próbowała mnie uspokoić swoim opanowanym głosem:
-Uspokój się. Magia nic ci złego nie zrobi....
Wiedziałem, że miała rację, ale... -Urwał. Spojrzał uważnie na słuchaczkę. Na twarzy Minn'elle rysowało się zainteresowanie. -Nie. Nie wiedziałem, że ma rację. Teraz to wiem. Wtedy... nie chciałem przed sobą przyznać, że magia może mi pomóc. Broniłem się przed nią, jak tylko mogłem. Kazałem A'rie wyjść z mojego pokoju, a ona wstała i rzuciła mi wściekle:
-Dobrze, ale nie licz później na moją pomoc. -I wyszła.
Umilkł. Spuścił głowę.
-Dlaczego nie lubiłeś... -Zaczęła kobieta, ale Zegrzysław niemal krzyknął na nią:
-Nie lubiłem!? Ja nienawidziłem magii przez całe życie!
Między nimi zapanowało milczenie pełne napięcia. Minn'elle wyglądała na zaskoczoną, nie wiedziała, co powiedzieć. Na twarzy więźnia malowało się napięcie. Przełknął ślinę i powiedział w miarę spokojnym, opanowanym głosem:
-Przez całe życie uważałem, że magia zabiła zabiła mi to, co najbliższe... Straciłem przez nią rodzinę... -Wyglądał tak, jakby miał się popłakać.
Zazgrzytały drzwi. Na twarzy Zegrzysława odmalowało się lekkie przerażenie. Do lochu wszedł Daniel. Podszedł do kobiety i przytulił ją do siebie.
-Wiem, że nie chciałaś ze mną być i jesteś ze mną tylko z obowiązku...-Mruknął. -Ale to nie daje ci prawa... -Uderzył ją w twarz, tak, że potoczyła się na ziemię z jękiem. -To był tylko przyjacielski pocałunek w policzek, co? -Jego ton był ostry. Spoglądał groźnie na Minn'elle. -Ale to nie jest nasz przyjaciel. Na przyszłość, więcej tego nie rób. -Kobieta wstała, spojrzała na Daniela, po czym powiedziała:
-Jestem kobietą, ale nie twoją własnością. -I wyszła.
W lochu pozostali dwaj mężczyźni. Jeden brunet, drugi białowłosy. Patrzyli na siebie przez chwilę w milczeniu, po czym ten ostatni rzekł:
-Wiesz, tak sobie myślałem, że za mało dałem ci czasu do namysłu. Mam nadzieję, że jutro już będziesz wiedział, jak postąpić, prawda? -Machnął palcami. Zegrzysław wrzasnął i zgiął się. Oprawca uśmiechał się. -No to na razie. -I wyszedł, zostawiając więźnia pełnego bólu. Po jakimś czasie znów zemdlał.

* * *

Gdy się obudził, poczuł nowe rany na ciele. Poczuł też ulgę, że atak minął. Nie wiedział, ile czasu już minęło. Był głodny i spragniony. Jeszcze bardziej był zmęczony. Zamknął oczy. "Co mam robić?" -Myślał. -"Jeśli przyjmę drugiego pana i jeśli ktokolwiek się o tym dowie, to mój pierwszy pan każe mnie ściąć. Reszta uzna, że straciłem honor... Co robić?". Czuł się zdruzgotany. Żałował, że nie skorzystał z porady A'rie. Jej słowa: "Tylko magia może cię uratować" i "magia nic ci nie zrobi" ciągle do niego powracały i dręczyły. Tak, jakby uzdrowicielka chciała się na nim zemścić.
Zazgrzytały drzwi. Spojrzał w ich stronę z pewnym napięciem i zobaczył Minn'elle ubraną w zieloną suknię. Podeszła do niego i spytała:
-Co zamierzasz?
Milczał przez chwilę, po czym odpowiedział:
-Może się zgodzę i popełnię samobójstwo.
-Zgódź się. A ja podaruję ci czas, żebyś miał szansę nauczyć się magii. A gdy już to zrobisz... Wiesz, co robić. Wszystko to musi pozostać między nami... To jak będzie?
Zegrzysław chwilę się zastanawiał, po czym powiedział:
-Zgoda.
Uśmiechnęła się i powiedziała:
-To teraz skończ swoje opowiadanie... No i co później było, jak odrzuciłeś naukę magii?
Mężczyzna westchnął, po czym znów podjął swoją opowieść:
-Przez kilka dni ataki dały mi spokój. W tym czasie byłem obrażony na króla i na A'rie, że próbowali mi... pomóc za pomocą magii. Władca się dziwił, A'rie była na mnie wściekła. Unikałem jej, jak tylko mogłem. Pewnego wieczoru, zupełnie przez przypadek spotkałem ją w sali królewskiej. Król się jeszcze nie zjawił. Rzuciła mi: -Jesteś bohaterem, bo wolisz cierpieć niż skorzystać z pomocy. Ale to też oznaka głupoty.
Umilkł na chwilę.
-Gdy król przyszedł, przydzielił nam misje. A'rie miała wyleczyć czterech rycerzy, którzy zostali zranieni w królewskich lasach, a ja miałem się tam udać po złoczyńców, którzy tego dokonali. Zgodziliśmy się i ruszyliśmy w swoje strony.
Byłem zaskoczony całą sytuacją. Królewskie lasy to lasy, w których może przebywać jedynie król. Jest mało prawdopodobne, by na ich terenach kiedykolwiek - oprócz sługów króla i jego samego - ktoś przebywał. Coś mi więc zaczynało nie pasować w tej całej misji. Ale rozkaz jest rozkazem, więc musiałem się udać w to miejsce. Długo sam nie spędziłem w tym miejscu. Niespodziewanie otoczyło mnie kilku wojowników. Nie obawiałem się - w końcu jestem z nich najlepszy. Wyjąłem miecz, po czym chwycił mnie atak. Wypuściłem go z ręki i padłem na ziemię, jęcząc. Napastnicy się na mnie rzucili i związali. Tymczasem straciłem przytomność... -Urwał.
-I tak się tutaj znalazłeś. -Powiedziała Minn'elle.
Milczeli przez chwilę.
-Cze... Czemu mi pomagasz? -Spytał cicho.
Kobieta uśmiechnęła się i wzruszyła ramionami. Zazgrzytały drzwi. Wszedł Daniel. Spojrzał prosto w oczy więźnia i spytał:
-To jak będzie?
Zegrzysław zamknął oczy. Przełknął ślinę. Wiedział, że nie miał wyboru. Bał się. Co będzie, jak cała sprawa wyjdzie na jaw?
-Zgoda. -Powiedział. Otworzył oczy. Zobaczył uśmiech swojego oprawcy.
-I żadnych sztuczek. -Powiedział Daniel. Machnął palcem. Więzień wrzasnął i zgiął się. Oprawca machnął dłonią. Ból minął. -Straaaż!! -Zawołał.

* * *

Do zamku wjechał następnego dnia po uwolnieniu. Tuż przed wejściem do zamku spotkał A'rie.
-Gdzieś ty się podziewał? -Spytała, widząc, jak Zegrzysław wyciera dłonią spocone czoło. Było gorąco. -Pan cię szukał. Przez tydzień nikt nie mógł cię znaleźć. Nawet mag.
Mężczyzna spojrzał na uzdrowicielkę i powiedział:
-Miałem pewne porachunki do załatwienia. -Jego głos był spokojny, opanowany. -I wcale nie wynikło to z mojej chęci.
Wszedł do zamku.
-W królewskich lasach już nie ma żadnych złoczyńców. -Powiedziała, wchodząc za nim. -Za to król jest wściekły na ciebie, bo mu zniknąłeś... A miał dla ciebie zadanie.
Nie odpowiedział. Czuł się zbyt nieswojo. Chciał zostać sam, ale jakoś nie miał siły, by poprosić A'rie, by odeszła. Zatrzymali się przed wejściem do jednej z wież. Spojrzeli na siebie. Uzdrowicielka drgnęła. "Coś się w nim zmieniło" -pomyślała i zmarszczyła brwi.
-Król chce cię widzieć za godzinę. -Powiedziała, po czym odeszła. Zegrzysław westchnął ciężko i poszedł na górę wieży.
"Po kolacji poproszę A'rie o to, by mnie nauczyła czarów" -pomyślał. Bał się. Miał nadzieję, że Minn'elle dotrzyma swojej obietnicy. Jednocześnie wciąż do niego wracały słowa: "I żadnych sztuczek". Jedno wiedział na pewno - chciał żyć.
Wszedł do swojej komnaty.

* * *

Król uśmiechnął się, widząc swojego sługę w dobrym stanie.
-Czemuż cię tak długo nie było, mój Zegrzysławie?
-Miałem porachunki do załatwienia. -Odpowiedział mężczyzna o czarnych włosach, ubrany w białą szatę. Ukłonił się. -Nie wyniknęly one z mojej woli, najjaśniejszy panie.
-Powiedz tylko, z kim.
A'rie stanęła przy królu. Szepnęła mu coś do ucha. Chciała odejść, ale jej wzrok zatrzymał się na wojowniku. "Może się czegoś dowiem" -pomyślała.
-Daniel Kartosęki. Chciał zemsty, bo mu kiedyś ściąłem lewą dłoń. -Padła odpowiedź.
Król się roześmiał. Zegrzysława śmiech trochę przeraził, ale starał się nie okazać tego po sobie. A'rie zmarszczyła brwi. Coś jej tu nie pasowało. "Z tego, co wiem -pomyślała -to Daniel nie należy do ludzi mściwych. I dlaczego właśnie miałby się mścić na najlepszym wojowniku? Nie lepiej byłoby..." -Urwała, jak porażona. Znała Daniela niemal od dzieciństwa i wiedziała, że jest bliższa prawdy, niż władca.
-Idźcie odpocząć -rzekł król -za godzinę będzie uroczysta kolacja.

* * *

Po kolacji A'rie sama przyszła do komnaty Zegrzysława.
-Co chciał od ciebie Daniel? -Spytała bez ogródek. Mężczyzna siedział na łóżku. Spojrzał na nią zaskoczony i powiedział:
-Skąd wiesz, że w ogóle coś chciał?
-Znam go od dzieciństwa. Znam go bardzo dobrze i wiem, że nie traciłby szansy na wykorzystanie kogoś, kto jest świetnym narzędziem do jego celu.
Nie odpowiedział. Uzdrowicielka dalej mówiła:
-To on nasyłał na ciebie ataki?
Skinął głową. A'rie podeszła do niego i spojrzała mu prosto w oczy.
-Czego chciał?
Przez chwilę panowało milczenie pełne napięcia. W końcu Zegrzysław wypalił:
-Pomożesz mi? Nauczysz mnie magii?
A'rie spojrzała gniewnie na swego towarzysza i dała mu klapsa w lewy policzek.
-Sam się ucz, skoro nie chciałeś, kiedy była potrzebna. -Powiedziała twardym głosem i skierowała się do wyjścia.
-Proszę, A'rie! To moja... Moja szansa na wolność...
-Sam jesteś sobie winien.
I wyszła. Wojownik zamknął oczy. "Boże -pomyślał -co robić?". Jego wzrok natknął się na miecz, który leżał oparty o ścianę. Wiedział, że ma mało czasu. Czy gdyby popełnił samobójstwo zachowałby jakiś honor? A może lepiej uciec? Ale wtedy...
Do jego komnaty weszło trzech rycerzy. Na ich czele stała A'rie. Zegrzysław podniósł się z łóżka. Uzdrowicielka podeszła do miecza mężczyzny i wzięła go do prawej dłoni.
-Zimny. -Powiedziała. -I ciężki.
"Za późno" -pomyślał wojownik i zamknął oczy. Rycerze podeszli do Zegrzysława. Jeden z nich powiedział twardym, beznamiętnym głosem:
-Idziesz z nami chłopaczku. Żadnych sprzeciwów, bo będziesz miał więcej problemów, niż teraz. Ralph, skuj go.
Zegrzysław poczuł, jak jakieś ręce zakuwają jego nadgarstki w kajdany.

* * *

Rzucili go przed tron króla. Potknął się i w rezultacie padł na kolana. Przed nim pojawił się władca we własnej osobie. Zegrzysław zamknął oczy.
-Więc zdradziłeś. -Powiedział król. -Wiesz, że jest to najochydniejszy czyn wobec króla, jakiego może dokonać jego sługa? Dla kogo pracujesz, co miałeś zrobić i co ci on za to ofiarował?
"Teraz to już wszystko jedno" -pomyślał więzień. Otworzył oczy i powiedział:
-Pracuję dla Daniela Kartosękiego. Ja mu miałem dostarczyć informacji, które potrzebne mu były....
-Do czego?! -Wrzasnął król. A'rie ten ruch zaskoczyło. Zegrzysława zatkało. Przez moment w sali panowała cisza.
-Powiedz panu, do czego były potrzebne owe informacje Danielowi Kartosękiemu. -Powiedziała ze spokojem A'rie. Wbrw pozorom, sporo wysiłku kosztowało ją wypowiedzenie tych słów.
-Daniel Kartosęki szykował spisek przeciw panu, najjaśniejszy królu... -Powiedział wojownik i urwał. -Ja miałem mu w tym spisku pomóc.
-Za co? -Spytał władca, tym razem jego głos był opanowany.
-Za... -Spojrzał na A'rie. -Za życie. I brak ataków.
Uzdrowicielka poczuła lekkie ukłucie w sercu. To nie jego wina, że zdradził króla? Przecież, gdyby chciał, to mógł przyjąć jej pomoc... Ale Zegrzysław ostatecznie chciał, by go nauczyła magii...
-Do lochów z nim! -Rzucił władca. -Jutro na Wyspie Strateńców, wieczorem zostanie powieszony! Nie chcę go więcej widzieć na oczy!

* * *

A'rie siedziała na zamkowym murku. Powinna być zadowolona z siebie. Uniemożliwiła spiskowcom zabicie króla. Westchneła ciężko. Oglądała zachód słońca. Jutro, o tej samej porze zginie Zegrzysław. Młody człowiek, który chciał żyć... Który wiele przeszedł... Z jakiegoś powodu przecież musiał się bać magii, prawda? Zmarszczyła brwi.
Zeskoczyła z murku. I poszła do lochów. Zastała Zegrzysława ze skutymi nadgarstkami i nogami. Leżał na podłodze. I miał zamknięte oczy.
-Czego? -Spytał nieco gniewnie na wejście A'rie. Kobieta się uśmiechnęła. I podeszła do leżącego.
-Obserwując zachód słońca zaczęłam o tobie myśleć -powiedziała -i zastanawia mnie, czemu się odwracałeś od magii?
-Błagam -jęknął -tylko nie każ mi opowiadać...
Zacisnął pięści. Zamknął oczy.
-Powiedz to najkrócej, jak tylko potrafisz. -Powiedziała.
-Moją rodzinę zabił mag... Chciał uśmiercić tajemnicę, którą posiedli... -Z jego oczu wypłynęło kilka łez.
-Nic więcej nie musisz mówić. -Dotknęła jego ramienia. Spojrzał na nią. Uśmiechnęła się. -Przepraszam. -Szepnęła i wyszła.
Wiedziała, że nie ma zbyt wiele czasu.

* * *

Weszła do karczmy "Bez magii". Spojrzała na zgromadzonych. Przy pewnym stole siedziały dwie elfki z trzema mężczyznami. A'rie podeszła do nich i rzuciła na stół pięćdziesiąt złotych monet. Nieznajomym zabłysły oczy.
-Jutro, o 14. Szlak wyjeźdźców przy Białych Drzewach. -Powiedziała uzdrowicielka, po czym wyszła.

* * *

Jechał w klatce. Czuł się beznadziejnie. Chciał normalnie żyć. Czy to takie trudne?! Czemu magia się czepia jego rodziny? Nie był przecież wybrańcem, który ma uratować świat.
Nagle powóz się zatrzymał. Otoczyły ich dwie elfki i trzech mężczyzn. Rycerze nie byli na to gotowi. Jeden z napastników został zraniony w ramię, za to drugi przebił jednemu z rycerzy szyję. Walka była zacięta i krwawa. Elfki otworzyły drzwi do klatki i wyciągnęły stamtąd Zegrzysława. Jedna z nich wcisnęła ukradkiem list do kieszeni więźnia. Uśmiechnęła się.
-To od A'rie. -Powiedziała.
Zegrzysław nie wiedział, co się dzieje, ale było mu już wszystko jedno. Elfki odkuły go z kajdan i powiedziały, żeby uciekał do innego miasta lub kraju.
-Dziękuję. -Powiedział Zegrzysław.

* * *

Stał na skale. Obserwował zachód słońca. Wyjął list z kieszeni. To od A'rie. Zamknął oczy i pomyślał: "Nie wiem, dlaczego to zrobiłaś, A'rie, ale dziękuję. Niech Bóg będzie z tobą", po czym zaczął czytać:

Drogi Zegrzysławie,
To ja poprosiłam ich, żeby Cię uwolnili. Zrozumiałam, że źle postąpiłam, nie dając Ci drugiej szansy. Zasłużyłeś na nią. Przepraszam, że nie chciałam Tobie pomóc. Mam nadzieję, że oboje zrozumieliśmy ważne sprawy... Jeszcze jedno, Zegrzysławie... Jeśli magia się Ciebie czepia, to znaczy, że ona chce Ciebie. Żąda i potrzebuje. Musisz spełnić jej oczekiwania, byś mógł szczęśliwie i spokojnie żyć.
Z szacunkiem,
A'rie".

Zegrzysław uśmiechnął się. Spojrzał w prawie już niewidoczne słońce i puścił kartkę z listem uzdrowicielki. Pozwolił, by wiatr zabrał jej ostatnie słowa skierowane do niego.

Skontaktuj się z autorką lub autorem | Archiwum | Załóż twój blog teraz! Łatwo i za darmo